Jacko2007/2008
South America Expedition 2007/2008 - Bolivia




15 February 2008, Potosi, Bolivia

Mala retrospekcja: 
11 luty 2008, autobus z Asuncion do Santa Cruz w Bolivii. No coz, chetnie niechetnie opuscilismy Asuncion.Nie wiem jak dalej ale moj ulubiony kraj w Ameryce Poludniowej to chyba Paragwaj. Niby nic tu nie ma ale...ale to tu poznalem tylu ludzi ktorych naprawde polubilem. To bedzie chyba juz moj 3 dom na swiecie. Jade sobie klimatycznym autobusem w ktorym jak zwykle nikt nas nie rozumie (moze to i lepiej bo mysla ze rozmawiamy tylko o zakretach na drodze ktora wiedzie 200 km ciagle prosto. Hiszpanskie kor... znaczy zakret.) Wiele zakretow sie posypalo kiedy zobaczylismy ten autobus:) No coz, przyjalbym to z pokora gdybym widzial autobusy w Bolivii. Ale jeszcze ich nie widzialem he he.  W toalecie mozesz sobie podrozowac sikajac patrzac na swoj wspanialy meski organ, podziwiac widoki i jednoczesnie byc podziwianym w trakcie tej kojacej zmysly czynnosci przez mieszkancow mijanych wiosek gdyz duze trzeszczace okno tam zamontowane na pewno przypadnie do gustu ekshibicjonistom:) Standard autobusu jest nizszy niz w Argentynie czy Chile ale serwisu znacznie lepszy. Obsluga rozdala tacki z jedzeniem szybko i sprawnie. Na tacce 2 kawalki kurczaka-zimne, fakt ale to kurczak a nie nedzna argentynska swinia przerobiona na cienki jak pergamin kawalek szynki. Do tego ziemniaki, ciastko, supa paragwaja i sok. Denis rozrabiaka w telewizji poprawia nasze nastroje-z hiszpanskim dubbingiem jest nawet jeszcze bardziej zabawny.Rzepa stwierdzil dzis z powaga, ze w trakcie tej podrozy nabral respektu do ludzi.Potrafia sobie poradzic pomimobiedy, takich a nie innych warunkow klimatycznych. Kazdy dzien to walka o przetrwanie, zarobienie paru guarani na rachunki, na jedzenie i odrobine  przyjemnosci jak np. baton dla dziecka. W Paragwaju malo jest ludzi zebrzacych, wiecej przedsiebiorczych. Chopdza pomiedzy autami sprzedajac owoce, akcesoria do komorek,aut czy chociazby lejek do paliwa czy noze- a noz akurat jakis zdenerwowany kierowca bedzie chcial przy uzyciu lejka nalac pasazerom oleju do glowy czy zaspokoic swoje pierwotne zadze i dzgnac nozem terkocaca non stop zone. Za to tych ludzio cenie. Przywiozlbym tu rozbestwione europejskie bachory  i pokazal prawdziwe zycie. Tu czasem placem zabaw jest pas pomiedzy dwiema drogami a zabawka nie play station tylko kawalek styropianu szurany o chodnik przez ubrane w brudne koszulki i umorusane na twarzy dzieci. Inny kontynent, inna rzeczywistosc. Kto to zobaczy zaczyna rowniez myslec inaczej. Albo i nie. Albo pozostanie dalej tym glupim i wynioslym europejczykiem. Bytem z innej, lepszej rzeczywistosci. Czy na pewno lepszej? Reguly gry sa takie same, inna jest tylko plansza.
 Albo skonczyl sie asfalt albo zaczely sie dziury bo tak telepie. Pan sikajacy w toalecie na pewno zdrowo sei juz zaczal pocic zeby dobrze pocelowac w otwor! Na szczescie mam juz to za soba. Mentalnie  wkomponowalismy sie juz w ten swiat, zewnetrzenie dalej jestesmy gringo - blondglowami z grubymi portfelami ktore przydaloby sie odchudzic. To uzasadnia cene kolejki na Machu Pichu (80 USD) czy inne, podwojne czy potrojne ceny za bilety wstepow dla gringo. Skad sama nazwa gringo? Geneza tego slowa jest prosta: green poniewaz dolary sa zielone, go- w wolnym tlumaczeniu wypier...:) Dla ludzi tu zyjacych biali to glownnie Amerykanie. Czy wszystko jasne?

12 February 2008, 2.30 AM

- Rzepa, wstawaj! To chya granica, wszyscy wychodza!
- Nieee, to estacion, nie wszyscy jada tak daleko jak my.
- Ok, jak tak to ide do kibla.
Wychodze z toalety. Rzepa dalej spi. Na mnie patrzy szofer z kolesiem ubranym w odblaskowa kamizelke i trzymajacym dlugiego jak cholera guna w rece.
- O o, Rzepa, to musi byc jednak granica.
To najdziwniejsze przejscie graniczne jakie w zyciu na oczy widzialem. Dookola blotnista droga, kaluze. Slychac beczenie osla gdzies w ciemnosci. Sam budynek wyglada jak nieotynkowana z zewnatrz ubikacja z czerwonego pustaka i blachy falistej oraz torem przeszkod dookola. Na zadaszonej werandzie, na krzesle drzemia sobie smacznie dwie kury, zaraz obok nich prezentuje swoje walory czarny pies bez jednej nogi lezacy w takiej pozycji za to zakrawa o zwierzeca pornografie. Brakuje tylko rodziny Adamsow! Jak sie okazalo byli w srodku:) Wejscie do oficyny jest po boku, kolejka jak do toalety lub na testy lekarskie, az do konca nie bylismy pewni . Kobiety wychodza zmartwione na zewnatrz, czekaja jak na wynik testu ciazowego. Daje tylk kroka przez duza deske oparta o beczke i juz jestem prawie w srodku. Drzwi otwiera i zamyka postawny bodyguard. Zobaczyl nas, mruknal cos pod nosem, popatrzyl, wzdychnal hmmm i zamknal drzwi z powrotem.
- ADELANTE!!!
Wchodzimy do srodka, dajemy paszporty.
- Polonia
- Si, Polonia
-Polako
Si, Polako.
Na tym konczy sie nasza znajomosc z paragwajskimi urzednikami granicznymi. Pieczatki i do widzenia. Kuzwa, ale folklor. Jeszcze ten 10 cm chrzaszcz na betonowym chodniku na koniec rozdeptany przez jakiegos zadnego krwi fleje. Jeden koles wlazl w bloto, na przejsciu jak sie zaczal myc to sie umyl prawie caly darmowa woda ze szlaucha i wytarl na koniec liscmi z drzewa. Jakas laska poratowala go na szczescie papierem.
 Znow pedzimy przez ciemna, gwiezdzista noc szutrowa droga, tym razem do odprawy bolivijskiej. Ciekawe jak to bedzie wygladac. 

05.50 Pas graniczny Bolivia-Paragwaj

Tak zaczelo telepac ze ledwo pisze na komorce. Krzaki po obu stronach drogi,  droga waska tylko na 1 samochod, moze dobrze ze jest ciemno. Rzepa wyszedl z toalety.
- Co to jest? Odcinek specjalny?
Jechal sobie zrelaksowany, jak zaczelo telepac to nalal chyba nawet do umywalki. Kazdorazowe otwarcie drzwi powoduje, ze moge sie sztachnac odswiezajaca wonia uryny wymieszana z chlorem w butelce ktorym umylem sobie rece bo myslalem ze to jest woda. Galezie czesto ocieraja o autobus. W Bolivii sa najgorsze autobusy na calym kontynencie, teraz juz wiem dlaczego. 

10.30

Odprawa po stronie bolivijskiej byla ale z 200 km dalej polna droga przez busz w lepiance z duza iloscia oprawionych w ramy tutejszych rzadzacych. A bylo ich sporo. Kraj ten liczy sobie ok bodajze 200 lat i w miedzyczasie rzad zdazyl sie tu juz zmienic ponad 200 razy! Niezle.
 W koncu zaczela sie droga asfaltowa. Wczesniej wygladala jakby spych przejechal przez busz i powstala w ten sposob trasa miedzynarodowa. Kierowca zdazyl zgubic sie w tych krzakach i musial zawracac. Sadzac po gatunku puszczanych w autobusie filmow Boliwijczycy lubia sie smiac. Same amerykanskie tanie komedie. Na koniec myslalem ze wysiade. 2 godziny jakichs lokalnych zawodow w mordowaniu bykow na arenie.
 Zauwazylem, ze znacznie wiecej ludzi tutaj ma indianskie rysy twarzy. Niektorych wystarczy rozebrac, wsadzic do dzungli i mamy idealny wizerunek dziko zyjacego czlowieka. W koncu cos odmiennego. W tle gory jak z widokowki z Machu Pichu w tle. Na granicy zobaczylismy przy okazji poranna musztre bolivijskiej armii gdyz drugi punkt odpraw znajduje sie na terenie jednostki. Dookola dzungla, mijamy wymyte przez deszcz fantazyjnie uformowane zbocza z piaskowca, gdzienegdzie wydarte dzungli male poletka z kukurydza, pozbijane z desek domy z suszacymi sie na sznurkach ubraniami. Jakos tu biednie.Koles obok ma dziure w skarpecie, palec mu wylazi. Nie bieda, raczej niechlujstwo. Dojechalismy do Santa Cruz, tam szybkie kupno boiletow do Sucre i wypad dalej.

13 February 2008

Godzina 04.55, autobus Santa Cruz-Sucre. Przyjalem pozycje na surikatke (jak cos sie bedzie dzialo to wystawie glowe spod polara) i pisze. 2 noc w podrozy po Bolivii. W Lonely Planet pisza ze podroz po tym kontynencie to prawdziwe wyzwanie. Ja bym okreslil ta podroz teraz jako sadomasochistyczna droge krzyzowa na wlasne zadanie w cenie 20 usd o tyle kosztuje bilet Santa Cruz-Sucre (nawiasem mowiac mam nadzieje ze tam jedziemy, jak dojedziemy to sie zapytamy gdzie my w ogole jestesmy bo w ogole nie jestesmy pewni). Gosciowa na dworcu sprzedala nam bilety w ostatniej chwili, pomogla wsadzic plecaki do srodka, cos tam pomamrotala, okroila w trakcie na 3 usd i znikla. Kierowca gbur raczej nie udziela informacji i w taki oto sposob znalazlem sie w srodku ciemnego, lepiacego sie od brudu, rozklekotanego autobusu wcisniety w ostatni rzad siedzen pomiedzy rzepe a szczerbata indianke w fioletowej kiecce z trojka slicznych acz jak zwykle umorusanych dzieci. Az nie moge uwierzyc ze to jest droga do drgiej, oficjalnej stolicy panstwa. Pomimo tego, ze Sucre jest konstytucyjna stolica kraju, Bolivijczycy uwazaja ze prawdziwa stolica jest La Paz.
 Mysle, ze wszyscy po tej podrozy beda mieli zatwardzenie bo wzystko co mam w jelitach pewnie ubilo siejuz na skale, tak telepie. Szofer zrobil przerwe, zanim zebralismy sie do wjscia, doszlismy do wyjscia zdazyl juz wrocic i odpalic silnik. No coz, nie za dluga ta pzrerwa. Slyszalem, ze koles ktory wozi autobusem ludzi po najniebezpieczniejszej drodze swiata kolo La Paz ma tatuaz: ,,Jezus mnie kocha". Mam nadzieje, ze nasz szofer ma chody u calej Trojcy Swietej bo jak patrze w ciemnosc i przepasc za oknem robi mi sie cieplo.
 Myslalem, ze to moj polar juz tak wali ale nie, to koc tej indianki i pewnie ona sama choc ja tez juz  zpewnoscia nie pachne. Duzo osob o tym wspominalo (o tym ze zcasem od nich wali). Co jakis czas aby slysze w powietrzu ,,mierda". Teraz juz rozumiem frustracje mieszkancow tego kraju. My tez mamy w trakcie tej jazdy gorzka pigulke do przelkniecia.

10.35 am

W dalszym ciagu z podkulonymi nogami w autobusie do Sucre. Tym razem stoimy na poboczu drogi bo w autobusie zabraklo paliwa, wczesniej nastapila wymiana kola. Kierowca przelewa rope z kanistrow, wyciaga weze gumowe, silnik nie chce zassac z baku. W koncu jeden z kanistrow laduje do srodka autobusu, do nigo jest podlaczony waz gumowy i jedziemy dalej. Na ulicy jak wymieniali kolo w jakiejs wiosze paletaly sie swinie, jedna lezala zdechnieta. Jak na razie bolivijskie widoki duzy +. Gory jak z Tomb Ridera, w nich wykuta kreta droga przyprawiajaca mnie z kazdym zakretem o palpitacje serca. Dojechalismy. W koncu. Uff...Kierowca zajechal zatankowac. Jakas kobiecina jechala z mezem i dziecmi, jej maz wyszedl na chwile na zewnatrz i juz na dalsza jazde sie nie zalapal. Driver zatankowal, odpalil i pojechal zostawiajac nieboraka. No coz, przejdzie sie do centrum. No i faktycznie, w Santa Cruz dziwka oszukala nas na biletach. Nie dosyc ze bus nie jedzie dalej, do Potosi, o jeszcze na nas franca zarobila. Ale za to w ramach reklamacji mamy bilety do Potosi. Dzwonie tam, odbiera Hana z HC. Nawijam z nia po angielsku i na koniec okazuje sie ze gadam z... Polka. Ale ten swiat maly.
 Kto by przypuszczal ze na takiej wysokosci moze byc tak duzy plaskowyz. Jadac do Potosi kierowca katuje nas za glosna muzyka, jedzie przy okazji jak rajdowiec. Mysle ze te 4 godz zrobi w 2! W Potosi wzielismy taxe za 8 boliviano ( 1 usd=7.5 boliviano) i jedziemy pod adres dany nam, przez Hane. Okazuje sie ze jest to...szkola. No i spimy w szkole na podlodze w pokoju gdzie kiedys urzedowaly zakonnice. Spotkalismy tutaj fajnego goscia  z Niemiec, Thomasa i 2 bardzo mile Francuzeczki. Thomas zabral mnie wczoraj an lokalny targ, to co tam zobaczylem przyprawilo mnie o mdlosci. Zobaczcie na foty. Suszone, nienarodzone plody lam (budujac dom trzeba je zakopac w fundamencie jako gwarancja szczescia), pocwiartowane mieso krow i swin wiszace na hakach, czesto na sloncu. Juz z daleka czuc fetor miesa. Mialem odruch wymiotny, dobrze ze nie puscilem im tam centralnie pawia posrodku targu. Ochyda. Mamy tez juz  ulubiona lokalna knajpke gdzie za 30 boliviano mozna zjesc zestawik: starter, zupka, frytki z mesem lamy przyrzadzonym na kilka sposobow, sok i ciacho. Taniocha. Ale teraz chce wam opisac to co zrobilo na mnie najwieksze wrazenie: lokalna kopalnia srebra i cynku. Szokujacy obraz ludzkiego niewolnictwa. Nie takiego jak przed wiekami, niewolnictwa ekonomicznego. Ale od poczatku.
 
14 February 2008
 
 Dzis jedziemy do miejscowej kopalni. Wczoraj kupilismy ta wyprawe w miejscowej agencji. Przy okazji poznalismy sporo fajnych ludzi ktorzy jada tam z nami. Odprawa o 9 rano, punkt spotkan: przed biurem podrozy. Siadamy do busika, jedziemy waskimi uliczkami la Paz. Zatrzymujemy sie po drodze na targu gdzie kupujemy prezenty dla gornikow: liscie koki, soki, papierosy i dynamit zapakowany w reklamowki ze Swietym Mikolajem. Po tym co zobaczylem we wnetrzu tej wysokej na 5 tys m gory zalowalem ze nie kupilem wiecej giftow dla pracujacych tam ludzi. Wszyscy, ktorzy to czytacie: docencie to, ze urodziliscie sie tam gdzie sie urodziliscie i zyjecie tam, gdzie zyjecie. Ci ludzie pracuja pod ziemia, w waskich korytarzach czy jamach lupiac skaly, pakujac je w worki i wywozac taczkami na zewnatrz za 12-15 dziennie. Nierzadko przebywaja tam po 12 godzin dziennie. Nie pracuja dla firm,pracuja dla samyh siebie. To co wydobywaja sprzedaja pozniej jakiejs lokalnej firmie lub kilku firmom ktore zarabiaja na tej katorzniczej pracy krocie. Naprawde zal serce sciska widzac czlowieka, ktory juz 38 lat lupie skaly i nic z tego nie ma. Poczulem sie tam jak totalny kretyn chodzac ubrany w brudny kombinezon, gumiaki i kask z lampka z moim drogim aparatem, kamera i  zegarkiem za 100 euro. Ja tam przyjechalem na 4 godziny, oni spedzaja tam czesto prawie cale zycie. Niektorzy z tych ludzi rozmawiali z nami nawet nie odwracajac do nas twarzy, nie przerywajac pracy. Wstyd? Raczej nie dla nich. Dla nas. Dla bolivijskiego rzadu. I nie tylko. Jacy to Hiszpanie byli wspaniali, szerzyli wiare w Jezusa Chrystusa w miedzyczasie wywozac stad 160 tys ton srebra powodujac jednoczesnie smierc ponad 8 milionow niewolnikow. Wszystko w imie Boga, za przyzwoleniem Papieza. Grabienie i mordowanie. Biali ludzie sa super!
 W tej gorujacej nad Potosi gorze jest 10 poziomow, my doszlismy do 5. Dalej jest juz tylko gorzej. Brak powietrza, wysoka temperatura. Co jakis czas mozna poczuc tapniecie od wybuchu dynamitu. Geniro pokazal i opowiedzial nam o zwyczajach gornikow, ofiarowalismy Matce Ziemi liscie koki i czysty spiryt (sami tez troche machnelismy na wyleczenie sie z depresji). Gornicy caly czas zuja liscie koki zeby nie czuc glodu, moga pod ziemia tylko sikac, nic wiecej. Nie moga jesc bo jedliby posilki z brudem i kurzem co szkodziloby im jeszcze bardziej.
 Zloza w tej gorze wystarcza na nastepne 10 - 20 lat. Co potem? Prawdopodobnie Potosi opustoszeje. Ludzie stad wyjada szukac szczescia gdzie indziej. Tylko czy zdaza stad wyjechac skoro srednia zycia pracujac w takich warunkach to 35 - 40 lat. Majac 45 lat i pracujac nadal w kopalni to extrema. Jak zaczne narzekac na swoj los przypomne sobie ta chwile mojego zycia.
 Mielismy super przewodnika. Koles ma moze tylko 30 lat, tez kiedys pracowal pod ziemia. Tam nauczyl sie angielskiego od turystow. Niesamowite. Juz od dwoch lat pracuje dla agencji turystycznej. Udalo mu sie wyrwac. I dobrze. Zabral nas do szybow niedostepnych dla typowych turystow. Przy okazji dal mi nowy nick name: DANGER BOY! Cool:)! Blin bling style! Bardzo milo spedzilismy z nim wczoraj czas w lokalnej diskotece karaoke. Zreszta nie tylko z nim, ze wszystkimi z naszej wycieczkowej grupy. Na koniec naszej wyprawy odpalilismy dynamit, pier... bylo dosyc solidne:)
 Co do wysokosci na jakiej sie znajduje. Praktycznie z poziomu morza wjechalismy prosto do najwyzej polozionego miasta swiata: 4070 m. No i sie zaczelo. Choroba wysokosciowa - bol glowy, nudnosci, brak apetytu. Po 2 dniach jest juz nacznie lepiej. Biore paracetamol i jakies inne miejscowe specyfiki. Pije herbatke z lisci koki. Przygotowywuje sie do zdobycia szesciotysiecznika kolo La Paz. Tam trzeba juz wziac konkretny sprzet i przewodnika. Ludzki organizm to niesamowita maszyna. Potrafi przystosowac sie do kazdych warunkow. Za 2 dni Salar de Uyuni, gejzery i gorace zrodla. Wezmiemy opcje pieciodnowej jazdy jeepem z wejsciem na wulkan i spaniem w hotelu calym wybudowanym z soli. Aha. Kupilem wczoraj bilety. Hurrraaaa! Gdzie? Po 22 marca Wam powiem. Hej!
Ps. Sorki za nienajlepsza jakosc zdjec z kopalni: brak swiatla robi swoje. Nie moge dodac wiecej zdjec bo ta indianska pieknosc z obslugi wykonczy mnie jedna i ta sama chinska nuta grana non stop. Na dodatek smierdzi tu spalinami bo drzwi znajduja sie zaraz przy ulicy. Fuuu...

Polecam linki:

http://www.turismoboliviaperu.com/paging/bolivia/bolivia.php
http://www.turismoboliviaperu.com/paging/bolivia/biking_a_coroico.php
http://www.turismoperubolivia.com/paging/peru/peru.php
http://www.boliviacontact.com/turismo/en/Rafting_1.html
http://www.andeanbiking.com/
http://photographersdirect.com/stockimages/t/tunupa.asp
http://www.travelblog.org/
http://www.medisport.gr/video-theme/the+most+dangerous+road+bolivia.html

17 February 2008, Potosi, Bolivia

 Niestety juz prawie zamykaja kafeje internetowa wiec musze sie streszczac. Dzis spedzilismy dzien ekstremalnie. Genero zabral nas na nasze specjalne zadanie na najglebsze poklady w tutejszej kopalni. Poszlismy tam, gdzie zaden turysta nie dochodzi. Doszlismy do poziomu 6, glebiej niz 350 m w glab gory. Przeciskalismy sie przez waskie i niskie korytarze, drepcac nierzadko w wodzie lub pelzajac na czworaka. Dzis niedziela, dzien w ktorym gornicy nie pracuja wiec pompy tloczace powietrze tez nie dzialaly. Ponizej poziomu 5 bylo bardzo goraco, prawie 40 stopni, w powietrzu unosil sie arszenik. Do levelu 10 nie doszlismy, to juz mogloby zagrazac naszemu zyciu. W kazdym badz razie to wstrzasajace w jakich warunkach ludzie musza pracowac zebys kupil/a sobie srebrny lub zloty wisiorek. Moja przyszla zono, Ty dostaniesz plastikowy:)

18 February 2008, droga: Potosi-Uyuni

Staram sie pojac po raz kolejny jak ten nasz swiat jest skonstruowany ale z moim umyslem to co najwyzej moge sobie poukladac klocki lego! Uwielbiam ogromne, otwarte przestrzenie- patrzac na wijaca sie w dole droge prowadzaca w ogromnej suchej dolinie tego akurat w Bolivii nie brakuje. Tuz obok mnie jako jedyny stoi starszy koles ale nie mam zamiaru ustepowac mu miejsca bo nie usmiecha mi sie jechac po wertepach 6 godzin na stojaco.Problem w  Ameryce Poludniowej polega na tym ze bardzo atrakcyjne miejsca sa czesto daleko od siebie. Wow, droga wije sie w dol, wykuta po lewej w kamienilomie, pionowe sciany po lewej, urwisko po prawej. Non stop w dol. Jakbym tutaj wypadl rowerem na przelaj to juz prosto do Sw. Piotra (chyba ze mialbym spadochron:) Ktos tu w dole poprowadzil kolej. Ale to musial byc masochizm. Kapitalne miejsce na rower gorski. Skoro droga z La Paz do Coroico to droga smierci(przekonam sie juz jutro bo pisze te slowa jako retrospekcje siedzac sobie 23 Lutego w La Paz) to juz mam jej obraz w umysle.Na poboczach, powciskane miedzy skaly pojawily sie sterczace w pionie kaktusy. Tylko blekit nieba nadaje tej szarzyznie odrobine kolorytu bo na pewno nie robi tego wyblakla zielen krzakow i traw. Hiszpanie naprawde mieli przesrane przemioerzajac te pustkowia. Patrze z zazdroscia na 2 kolesi jadacych goralami z naprzeciwka. Tu jest gdzie pojezdzic. Dziewczyna obok widzac przepasc za oknem profilaktycznie kresli znak krzyza na klatce piersiowej. Dobrze ze tam nie siedze, pewnie mialbym juz kloca w spodniach, tak stromo. W oddali na horyzoncie szczyty osniezonych gor. W dole kolejna gornicza miescina przyklejona do zbocza gory, pewnie drugie Potosi, kolejna oaza cierpienia posrodku niczego. Ta gora wyglada juz na mniej eksploatowana. Mijamy kolejne roboty drogowe. Chlopaki maja tu co robic, drogi w Bolivii to rzadkosc. 
 12.30 Wjezdzamy w ogromna, zielona doline. Dookola pelno pasacych sie lam, oslow, na widok zblizajacego sie autobusu z przydroznych mokradel ucieka stado swin. W malych lagunach, w ktorych odbijaja sie gory, brodza rozowe flamingi. Kierowca pedzacy z tak zawrotna predkoscia skutecznie skraca zywotnosc busa. Tu jest juz troche nizej. Rzepa klnie bo jak zwykle spieprzyl dobre ujecie kamera: wpierw swinie, teraz indianki handlujace przy drodze. Z glosnikow ostro zacina folkowa muza, po prawej kaniony wymyte przez rzeki okresowe. Zbocza pociete przez deszcz, polacie podobnych do jaskro kwiatow, w glebi szczyt usilnie kojarzacy mi sie z Kilimanjaro. Kierowca znow przerazliwie trabi zblizajac sie do kolejnego ostrego zakretu, tym razem znow na lame, ktora ma centralnie wszystko w dupie. Zrobilo sie duzo cieplej, jest nizej wiec zaczely sie drzewka, wyblakle kaktusy. Nawet caly las kaktusow. Skaly przybraly kolor jasnej purpury w zielone kropki (krzaczki). Zajezdzamy do kolejnej wioski, kierowca zabiera kolejnych pasazerow. Tym razem stoi kolo mnie indianka, ladnie od niej pachnie- jak sie ciesze! Jedziemy dalej. Malutkie kaktusy maja sliczne malutkie czerwone kwiatuszki. Dobra rada dla wszystkich podrozujacych po Bolivii i nie tylko: katuja za glosna muzyka w autobusach, kupcie koniecznie zatyczki do uszu, chyba ze wolicie alkohol:) Ps. Niewskazany na tak duzej wysokosci, rozrzedza krew.  Glosnik: najwiekszy wrog podruzujacego po Bolivii.
 14.30 Zajechalismy do kolejnej wiochy. Maly tlumek babc rzucil sie do busa. Niektore wygladaja jakby mialy sto lat. Wlazly do autobusu z tobolami, jedna centralnie postawila pudlo w przejsciu, zeby isc dalej reszta musi dac poteznego kroka. Biore tobol na kolana zeby latwiej bylo przechodzic. Wchodzi babcia z 90 lat, warkocze, kapelusik na glowie, w plachcie na plecach kwiaty jak rumianki. Stawiam pudlo zeby sobie usiadla w przejsciu, nie pocelowala. Zakleszczyla tylek pomiedzy oparcia na lokcie i tak siedzi. Dupe jej wypiesci bo wlasnie przejezdzamy przez suche, porosniete duzymi kepami kwitnacej trawy koryto rzeki okresowej.
 15.30 Jedziemy po ogromnej pustyni porosnietej tylko kepami krzakow. I na tej pustyni, posrodku niczego, wsiadaja i wysiadaja ludzie. Gdzie oni tu mieszkaja, co oni tutaj robia? Czy oni wiedza gdzie jest Polska, gdzie jest w ogole Europa? Kazda twarz starego czlowieka w tym kraju to okladka National Geographic. Za oknem wije sie mala, piaskowa traba powietrzna. Przede mna stoi facet w niemilosiernie podziurawionym swetrze, pewnie najlepszym jaki ma. Ludzie tutaj wygladaja jak mumie, tacy jacys wysuszeni. Mijamy kolejna wies-kopalnie.  Sprawia jeszcze bardziej przygnebiajace wrazenie niz ta w Potosi bo jest opuszczona. Dookola kupa rozlatujacych sie domow, ludzie pewnie stad uciekli jak skonczyly sie zloza. Pozostala po nich kupa barakow i posklejanych z zardzewialego zlomu plotow. Na poczatku myslalem ze to Uyuni, cale szczescie sie mylilem. Czy tak bedzie tez wygladalo Potosi za 10,20 lat? Miasto smierci? Rany, tu nadal mieszkaja ludzie! Na pustkowiu, pomiedzy czerwonymi wzgorzami. Koles wlasnie wyrzucil plastikowa butelke za okno. Niechluje, moze i powinni siedziec na tym zadupiu za kare w tym syfie. Widze juz salar na horyzoncie. Jest ogromny. Smierdza klocki hamulcowe, jedziemy ciagle w dol. W dole widac juz Uyuni. Tuz zaraz kolo lokalnego cmentarza przywital nas widok walajacych sie wszedzie plastikowych torebek i butelek. Dobra, dojechalismy.

 19 February 2008, Uyuni, Bolivia.

Tuz zaraz po przyjezdzie procedura zawsze jest taka sama. Trzeba znalezc miejsce zeby sie przespac i umyc i po prostu odpoczac. Pierwszy hostel, Cactus, po ogledzinach Rzepy od razu zostal zdyskwalifikowany. Kosztowal 25  bolivianow. Idziemy do polozonego zaraz w centrum, kolo wiezy z zegrakiem, przeszklonego hotelu. Wyglada niezle. Doplacamy kolejne 25 boliviano i mamy porzadny pokoj z wlasna lazienka i spoko widokiem. W nocy jacys bebniarze skutecznie draznia nasze nerwy. No i to co najwazniejsze: musimy znalezc porzadna firme zeby zabrac sie na kilkudniowa wyprawe na salar. Mozna tu przebierac jak w ulegalkach, jeep"s companies jest tutaj pod dostatkiem. Nie dajemy sie dzielnie chodzacym i zaczepiajacym nas naganiaczom. Chcemy zrobic cos, czego nie robi pierwsza lepsza firma: chcemy pojechac na 5 dni a nie jak wszyscy na 3 dni. Fajnie by bylo zaliczyc szczyt jakiegos wulkanu w okolicy. Na dodatek nikt nie chce jechac do polozonej na srodku salaru wyspy z tysiacletnimi kaktusami. Ostatecznie pocelowalismy do jednej agencji gdzie skutecznie doprowadzilismy naszymi zadaniami do palpitacji serca miejscowego cowboya:) Rzepa ostro targowal sie o kazdy cent. Cowboy mowi ze nie da rady zorganizowac wyprawy na 5 dni ale jest w stanie zorganizowac kierowce, ktory przejedzie przez caly salar. Teraz nikt tego nie robi bo poziom wody jest zbyt duzy i moze to zaszkodzic terenowkom Ostatecznie mamy discount 2 USD (ha ha ha) i jedziemy za 2 dni bo dopiero za 2 dni bedzie komplet pasazerow. No coz, warto poczekac. Tylko co my mozemy tutaj robic? Zglodnielismy wiec zaczelo sie poszukiwanie lokalu. O rany, kolejna pomylka. Bylo zaufac przewodnikowi: jakosc lokalu powinno sie oceniac po kleistosci stolu. Tam gdzie jedlismy wczoraj kurczaka i frytki za 10 bolivianow kleistosc i frekfencja lokalnej gawiedzi byla ok. Dzis testujemy kolejny lokal. Tuz obok hotelu. W srodku pusto. Zamawiamy spagetti. Pani od razu daje nam szachy, monopol, itp. Aha, czyli tyle to potrwa! Dobra. Siedzimy sobie, gramy w kilka partii warcabow bo w szachy nie umiemy. Wdychamy sobie zapachy. Niestety, nie z kuchni ale z toalety. Zajezdza tak jak prosto z szamba! Ja juz jestem u kresu wytrzymalosci. Widze, ze pani dopiero niesie makaron. Chyba nie dam rady. No i nie dalem jak sprobowalem pasta carbonara w wydaniu bolivijskiej kucharki. Chcac niechcac zjadlem jak najszybciej i zwialem gdzie pieprz rosnie. Szkoda tylko ze za ten badziew zaplacilismy po 30 bolivianow. Bylo lepiej znow usioasc przy kleistym stole!

20 February 2008, Salar Uyuni

Pedze terenowa toyota przez ocean soli. Na dachu siedzi Rzepa. Za cholere nie mozemy go zgubic. Przyczepil sie jak rzep psiego ogona. No nic, powiem kierowcy zeby sprobowal pozniej. Moze bym mial w koncu swiety spokoj! Dookola tysiace km krysztalow soli zatopionych w wodzie. Plasko, niesamowicie. Czasami ciezko odroznic gdzie konczy sie lad a gdzie zaczyna niebo. Tysiace km bialego piekna. Chmury przegladaja sie w wodzie, my pedzimy ze stala predkoscia 50 km/h na przelaj. Zobaczylismy juz solny hotel na srodku salaru, zobaczylismy lokalna wioske gdzie wydobywana tutaj sol jest zwozona i wysypywana na kupki. Minelismy pracujacych w czarnych okularach robotnikow, minelismy ciezarowki i inne jeepy. Zona kierowcy (chyba), zarazem nasza kucharka, znudy robi na drutach. I tak przez kolejne 2 godz. 12 tys km kwadratowych- Valerio(kierowca) wlasnie podal nam powierzchnie tej snieznej bieli. Nasza ekipa jest w porzo: brazylijczycy i sliczniutka Chilijka. Juz na wejsciu wyciagneli whiskacza! Gdy rano zobaczylem auto nie bylem zbytnio zadowolony. Oczekiwalem czegos wiecej. Poniewaz jako jedyni jedziemy na wyspe kaktusowa, jako jedyni zdecydowalismy sie doplacic i zrobic cos innego niz wszyscy, musielismy dostac gorsze auto. Gorzej wygladajace nie znaczy gorsze. Tu, w tej solance, licza sie wlasciwosci auta a nie jego wyglad. Land Cruisery nie maja sobie rownych w tej dziedzinie. Slyszalem to juz w Egipcie. Ciagle pozostalo 100 km do wyspy. Szkoda tylko ze nie ma dzis w pelni niebieskiego nieba. Zatopiony do polowy kol Land Cruiser wymiata wode w powietrze, kierowca prawie przysypia. A niech sobie spi, co najwyzej pojedziemy z 200 km w bok zanim sie obudzi. Oj, nie chcialbym myc tego podwozia po tym sparringu. Dookola, bardzo daleko, widac gory, osniezone szczyty wulkanow. Tylko 1 firma zdecydowala sie pojechac tak daleko. Naprawde warto bylo poczekac 1 dzien i doplacic te 5 USD. Skonczyla sie woda, pozostala plaska az po horyzont tafla soli. To trzeba zobaczyc. Bolivia rules! Valerio wlaczyl MWCS- manual windows cleaning system:) Wyciagnal butelke z woda, polal szybe i wlaczyl wycieraczki. Pedzimy 80km/h, wcale nie czuc tej predkosci. Az trudno uwierzyc ze kiedys na tej wysokosci byl ocean. Przed nami, z kazdym pokonywanym kilometrem, jakby z wody, wylaniaja sie wysepki. Faktycznie te kaktusy musza byc ogromne skoro juz z takiej odleglosci widze ich wierzcholki gorujace nad ladem. 

Godz 22.05, solny hotel, ten sam dzien.

No i sie nie mylilem. Ta wyspa byla niesamowita. Znalazlem kaktusa ktory liczyl sobie ponad tysiac lat! Nasi wspollokatorzy sa w porzo. Nie siedze juz z nimi bo temat zszedl na bardzo kruchy grunt a mam akurat jak zwykle odmienne zdanie niz Krzysiek. Nic nowego, szkoda mi sie niepotrzebnie denerwowac. Jutro kolejny dzien wyprawy, kolejne przygody. I o to w zyciu chodzi. By kazdy dzien byl inny:)

21 February 2008, wyprawa jeepami ciag dalszy.

Pedzimy szutrowa droga, zostawilismy za soba blotniste tysiace hektarow plaskiej jak stol powierzchni polozonej pomiedzy osniezonymi szczytami wulkanow, kierowca dzielnie walczyl zebysmy nie musieli pchac samochodu. Widac ze zna sie na fachu. Cale szczescie ta dodatkowa lopata ktora kupil po drodze sie do niczego nie przydala. Posluchac Tiesto, South America, jadac rozpedzonym jeepem w sloneczna piekna pogode z widokiem na osniezone szczyty Andow to jest prawdziwa wolnosc. Dookola miliony wyschnietych na pieprz kawalkow rafy koralowej, teraz z kolei miliony drobnych skal. Za chwile pedzimy po wydmie mijajac zaschnieta lawe. Zatrzymujemy sie tu na chwile popodziwiac to co wyplula z siebie ziemia. I znowu pustynia, tym razem potezna a na niej park skalny z przedziwnie uformowanym drzewem- wulkanicznym drzewem! Strasznie wieje, jak opetany biegam po pustyni prubujac prubujac zlapac moj kapelusz. W koncu sie poddaje. Wszyscy w aucie maja niezly ubaw. Valerio lituje sie nade mna i zgarnia mnie do jeepa no i jedziemy po moje nakrycie cybana. Czas ruszac do Czerwonej Laguny. Faktycznie, woda w niej jest cala czarwona od ogromnbej ilosci jakis tam zyjatek. Super widok. No i jeszcze setki flamingow. Dech zapiera. Zaraz z kumplem sciagamy buty i idziemy jak najdalej sie da w kierunku wody. Valerio krzyczy z klifu ze tu nie mozna isc bo to park narodowy i mozna poza tym wlezc w bloto po pas. Dobry duch czuwa:) Na koniec kupno biletow do parku i nocleg w przydroznym hostelu. A do snu- butelka wina.

22 February 2008, Salar de Uyuni

Godzina 4 rano. Pobudka. Na dworze zimno jak cholera, szron na samochodach. Nocowalismy w hostelu polozonym juz w parku narodowym. Siedzac w samochodzie, ubrany w czapke z alpaki, odwracajac sie w moja strone, nasz kierowca kojarzy mi sie z wizerunkiem typowego Inki. Pewnie tak wygladali tylko nie jezdzili jeepami. 
 Dojezdzamy do gejzerow. Szkoda ze tak ciemno, nie da rady robic fot buchajacej prosto z ziemi pary, gotujacemu sie w dziurach siwemu blotu. Przez ta wlasnie ciemnsc atmosfera jest tak niesamowita. Szkoda ze musimy pedzic dalej, do goracych zrodel. Posiedzialbym tu jeszce chwile dluzej, nacieszyl sie widokiem. Dokuczliwe zimno powoduje ze kazdy z checia wieje do terenowki. 
 Wczoraj zaliczylismy nie tylko rajd jeepem po pustyni ale i gume. Powalil mnie na kolana widok flamingow brodzacych w bialych lagunach czy majacych daleko w tylku turystow lam. Nie wspomne juz o prawie udomowionym lisie ktory czekal na ochlapy z przydroznego hostelu. Podruzujac trzeba byc twardym, zwlaszcza idac do lazienki. Rany, w ostanim hostelu nie bylo wcale spluczek do toalet. Zamast tego stala ogromna beczka z woda i uciety kanister. Zeby splukac to co sie narobilo trzeba bylo poi prostu nabrac wody i wlac do kibelka. Ja myje sobie nogi w umywalce, w miedzyczasie slysze stekanie gosciowy siedzacej na porcelkanie i sikanie kolesia. Niezapomniane wrazenia. Drzwi sie nie domykaja. Stoje sobie odwrocony plecami do Krzyska myjacego sobie ciulika,podpieram drzwi, puszczam drzwi, Krzysiek zapina spodnie, w miedzyczasie do srodka wchodzi dziewczyna. Widzac ze Krzysiek zapina spodnie zaczyna dziwnie sie usmiechac patrzac na mnie. Ciekawe co sobie wyobrazila!
 Valerio wlacza jakas inkaska muzyke, za oknem prawie pelnia, lekki przymrozek. Na szczescie szyby juz odparowaly wiec kierowca nie jedzie ryzykujac utraty zawieszenia-kilka razy kamienie niezle strzelily o nadkola. Droga jest juz wyrabana jak po traktorze, znowu padaka. 4 rano-niesocjalna godzina. Niesocjalne sniadanie- pare lykow coli. Zycie ma smak jezeli jest przygoda. Szkoda go marnowac wegetujac jak warzywo. Mijamy skaly Gaudiego, na granicy zegnamy naszych brazylijskich towarzyszy podrozy i sami juz wracamy do Uyuni. Po drodze mijamy setki hektarow wyschnietej lawy. W jednym z takich miejsc zrobilem fotki ktore zamiescilem na stronce. Najlepsze w tym wszystkim jest to ze najpierw cos jest nie tak z silnikiem (mamy stresa bo o 21 mamy autobus do La Paz) a potem, tuz przed Uyuni lapiemy gume nie majac zapasu. Valerio to zaradny gosc. Tu pokreci srubokretem, tu pozyczy zapas i mozna jechac dalej:) Tylko dlaczegonie przyszlo mi do glowy sprawdzic ta popekana pustynie zanim w nia wlazlem z otwartym rozporkiem. Wchrzanilem sie centralnie w gline i mam uwalone buty. No i znow autobus.

23 February 2008, Saturday, La Paz.

 Wczoraj poszlismy ekstremalnie na calosc. Nocna jazda z Uyuni mocno dala sie we znaki naszym tylkom i podkulonym nogom. Drogi w Bolivii? Jakie drogi! Asfalt zaczal sie tuz przed La Paz. Wczesniej? No coz, trasa miedzymiastowa wyglada mniej wiecej jak polna droga pod lasem osmolskim. Kierowcy maja tu ciezki zywot. Przezabawny widok: na postoju kobitki nie szly za daleko zeby zalatwic swoje potrzeby fizjologiczne. Zrobily to centralnie przyt chodniku obok sklepu. Bezwstydnice. Teraz juz wiem dlaczego w Uyuni tak walilo przy chodnikach. To  nie byly psy:)
 Dotarlismy do deszczowego La Paz na 7 rano, godzine przed czasem. Wzielismy Inkateria Hostel(latwo zauwazyc ogromny napis na budynku naprzeciwko dworca autobusowego). Rzepa wywalczyl cene 85 bolivianow zamiast 90 za pokoj z prywatna lazienka (w ktorej jak sie okazalo jak sie dotknie kurka od prysznica kopie prad). Reszta dnia: zalatwiaie zjazdu najniebezpieczniejsza droga swiata (jaki ten swiat maly: w siedzibie downhill madness spotkalismy pare z Dublina) i wspinaczki. Leje jak z cebra, super tu maja sklepy z rekodzielem wiec warto bylo sie jeszcze troche po nich poszlajac. Ciekawe jaka jutro bedzie pogoda.

24 February, Sunday. 

Okresle ten dzien w kilku slowach: najbardziej niebezpieczna droga swiata. La Cumbre, droga z La Paz do Coroico. Mekka rowerowych szalencow. Ponad 3 tys roznicy poziomow. Miejscami bylo goraca. Tarcze tez sie rozgrzaly choc skutecznie chlodzila je mzawka czasami przechodzaca w deszcz lub woda z wodospadow pod ktorymi sie przejezdza w trakcie downhillu.Jazda zaraz na krawedzi. Lepiej wylaczyc zdrowy rozsadek. Inaczej nici z przyjemnosci. Najbardziej extremalny dzien w Ameryce Poludniowej. Latwo tam stracic zycie. Swiadczy o tym las krzyzy przy drodze. Bylo szybko, mokro, czasami sucho, czasami blotniscie, czasami slonecznie, czasami deszczowo, czasami zimno, czasami goraco. Po drodze mozna nawet wpasc na stado swin. Widoki porazaja, takze groza. Przewodnik mowi, ze do tej pory widzi tam duchy ludzi ktorzy tam zgineli. Czasami do niego mowia. Tak bylo i dzis. Uslyszal glos, odwrocil sie ale nikogo nie bylo. Moze nawiedzil go duch izraelskiego chlopaka, ostatniej ofiary La Cumbre? Spadl z klifu przy wodospadach. Mokro tam i slisko. Brawura, brak doswiadczenia, pech? Kto wie. Trzeba tam zaufac swojej maszynie. Jakakolwiek usterka w trakcie szybkiej jazdy (czasami 50, 60 km/h) moze oznaczac lot prosto do nieba lub piekla. Lezace na dole ciezarowki pobudzaja wyobraznie.  Ale: nie ma ryzyka, nie ma zabawy. Polecam firme downhillmadness. Porazka jest tylko brak kurtek przeciwdeszczowych. Przyniescie swoje. Sprzet porzadny. Kazdy z rowerow Rocky Mountain jest warty 3,5 tys USD. Po zjezdzie mozna w Coroico wziac prysznic,popluskac sie w basenie z pieknym widokiem na okoliczne gory i wyryta w nich droge oraz niezle sobie podjesc. Wszystko wliczone w cene 70 USD.
 Nawet droga powrotna to extrema- jazda busem, mgla, ciemno, nic nie widac, driver czasami gasi swiatla, sprawdza czy moze lepiej jechac po ciemku. Wyprzedza na trzeciego, na zakretach! Lepiej nie patrzec i zaufac przeznaczeniu.
 Przetrwalem. Moge dumnie nosic koszulke: I have survived the Worlds most dangerous road. Nikt z ludzi ktorych znam nigdy tego jeszcze nie zrobil. Jestem pierwszy. Zycze powodzenia. Ja na razie mam dosc. Dzis wystarczajaco zaufalem przeznaczeniu. Nie bede testowal jego cierpliwosci. Do nastepnego razu. Po jutrze: 6088 m n.p.m. Oj, jak mnie pluca bola. O kuzwa, koles wlasnie wyprzedza 3 ciezarowki na raz, na zakrecie i we mgle. Ok, ja tego nie widze.
 Ps. Wzbudzilem powszechny szacunek kierujac rowerem jedna reka i filmujac druga. Wszystko po to by pokazac Wam wiecej. Jak to potem obejrzalem to mi sie wlos zjezyl. No i zebrale tez lekki opier od przewodnika bo pedzilem za szybko i straszylem ludzi. Dlatego musialem sie zawsze drzec dojezdzajac do kogos przede mna: OLLLLA, OLLLLAAAA!! No i nastapil podzial na 2 grupy: cieniasow i twardzieli. Chyba  nie musze nadmieniac gdzie sie zalapalem;)

26 february 2008, Huayna Potosi Refuge

Wlasnie leze w szufladzie(srodkowe pietro pietrowego lozka), w spiworze, przykryty dwoma kocami, w polarze, 2 parach skarpet, termicznej bieliznie. Pod glowa grzeja sie baterie do aparatu bo na wysokosci 4650 m wszystkie akumulatory szybko wysiadaja. Przy kominku bylo spoko ale w pokoiku jak chuchne to para leci. rzepa spi nade mna- jak sie szybko zerwie to dostanie tynkiem po twarzy, tam tez ciasno. Dzis postawilem pierwsze kroki we wspinaczce na lodowcu. Chodzenie z czekanem, w rakach, w plastikowych, ciezkich butach po pionowych scianach lodu w zimnej mgle przechodzacej w deszcz lub snieg dla takiego zoltodzioba jak ja nie nalezy do latwych zadan. Ale kazdy musi jakos zaczac, prawda? Jutro o 14 wymarsz do obozu 1, potem nocleg. kolo 1 w nocy wyjscie na atak szczytowy. 6088 m n.p.m. To chyba beda najtrudniejsze warunki w jakich spalismy. rzepa wlazi na pietro, jak zalamie wyro jak w el Calafate to mnie wgniecie w szuflade. Dzis przymierzylismy takze sprzet. Po lodowcu wszystko bylo mokre, suszenie przy kominku. lorenco jest twardy. Poszedl na atak z inna grupa tej nocy. jutro nasza kolej. On byl juz na szczycie 850 razy! Gosciowa ktora gotuje dla wszystkich w schronisku jest naprawde w porzo. Uczy sie angielskiego uzywajac obrazkowej ksiazeczki i na dodatek takze tabliczki mnozenia! Nasze cieple piwo z cukrem zrobilo tutaj furore. fajnie tak posiedziec wspolnie przy kominku pijac sobie cieplego browarka:)

27 February 2008, Oboz pierwszy, 5200 m n.p.m.

Teraz juz wiem dlaczego Japonczycy, Szwajcar i Angol wygladali tak jak wygladali kiedy zeszli na dol. Przejscie z 4600 na 5200 nie nalezy do trudnych technicznie ale coraz wieksza wysokosc powoduje ze trudno zlapac dech. No i na dodatek ta mgla i snieg z deszczem. Siedze w mongolskim namiocie ubrany tak grubo jak sie da, pije herbatke z koki, Lorenco gotuje, wlasnie zlamal wedkarski stolek i fiknal na tylek. Na leb mi cieknie z sufitu skroplona para wodna i na dodatek gryzac snickersa stracilem reszte plomby w zebie! Cale szczescie nie boli bo martwy. Mam przynajmniej taka nadzieje. Po powrocie od razu dentysta a cola idzie juz teraz automatycznie w odstawke. Wkladam do spiwora wszystko co sie da: aparat, kamera, mokre skarpety, spodnie, rekawice no i juz nie wiem co tam jeszcze znajde jak zaczne wyciagac. Aha, jeszcze musze wziac czolowke bo mi baterie padna. Budzik nastawiony na 00:00, 16.45 idziemy spac. Ja jakos sie trzymam, Rzepa marudzi- opatulony jak sie da mowi ze mu zimno. Co sie dziwic skoro nie chcial jesc goracej zupy. W srodku smierdzi nafta z palnika. Duzy respekt dla alpinistow. Mi to sie nawet to podoba jak na razie. 
 Godz. 22.00
Strasznie wieje na zewnatrz. Nie caly czas ale falami. Rzepa marudzi, nie usnal nawet na chwile. Ok, polnoc wybila. Krzysiek mowi ze nie idzie. To nie dla niego. Ja wbijam sie w kombinezon, buty i raki. Lorenco lekko przysnal. Mam isc sam?:) Nie, budzi sie, przyrzadza herbatke, potem pomaga mi ubrac uprzaz. Przypina mnie do siebie lina i wychodzimy. Piekna, gwiezdzista noc. Godz 01.15. Wymarzona pogoda na wspinaczke.

28 February 2008, noc.

Na poczatek po kamieniach. Pozniej tylko snieg. Powoli, systematycznie, krok po kroku. Co za idiota powiedzial ze ta gora nie wymaga przygotowania, ze kazdy moze tam wejsc. Bzdura. Technicznie nie jest trudno choc wiedza jak poruszac sie w takich warunkach raczej jest przydatna. Jezeli halda sniegu jest jest po prawej, lina idzie w lewa reke a czekan w prawa. I na odwrot. Lecisz w bok, zapierasz sie o czekan. Coraz wyzej, coraz trudniej. Widac moje zmeczenie. na poczatku dystans miedzy mna i Lorenco jest maly, pomiedzy nami jest krotki odcinek liny. Im dalej i wyzej idziemy tym dystans sie wydluza. Idziemy piekna dolina. W niej gdzieniegdzie duze, glebokie dziury. Ostre podejscie. Pod nim duza, gleboka rozpadlina. Lorenco idzie w gore jak maszyna. Coraz podciaga line, nie daje mi chwili wytchnienia. Wbijam raki, wbijam czekan. Tu nie ma chwili na odpoczynek. Dobrze ze idziemy w nocy, snieg ma lepsza strukture, jest bardziej sztywny. Lorenco mnie nie oszczedza.  Slysze tylko: ,,mucho tiempo". Latwo powiedziec. Ponad 850 razy na szczycie. ja pierwszy raz w ogole na takiej wysokosci. Pne sie wyzej, moje ruchy staja sie coraz mniej skoordynowane. boli mnie glowa, mam zawroty, pojawiaja sie nudnosci. Ciagle 2 godziny do szczytu. No i 250 m ostrego podejscia pod sam szczyt. Zajmuje to okolo godzine. Mysle jaka gora jest warta takiego cierpienia.Chce isc dalej ale to ciagle 2 godziny wiecej meki. Poddaje sie. Pytam Lorenco jak jestesmy wysoko. Kresli czekanem na sniegu: 5850 m. Ok, chce isc na 6000.. Ide pare krokow dalej. Nie daje rady. Powlocze nogami. Poszedlbym moze i wyzej gdybysmy robili czestsze przerwy. Szwajcar i Angol tez narzekali na mojego przewodnika. Tez narzucil im za duze tempo. Dla mnie zdecydowanie za szybko. Widze ze Szkotka i Brytolka tez wracaja do bazy, tez nie daly rady. Po powrocie do campu tak mnie wytelepalo z zimna jak nigdy przedtem. Spiwor lekko mokrawy od kapiacej wody, nie moge znalezc kocow. Modle sie o poranek i jak najszybsze zejscie tam gdzie jest cieplo. Ale mysle ze to nie koniec mojej przygody ze wspinaczka. Tylko nastepnym razem musze sie lepiej przygotowac. 
 
http://es.wikipedia.org/wiki/Huayna_Potos%C3%AD
http://www.altiplanoextreme.com/andinismo/huaynapotosi.htm
http://www.peakware.com/peaks.html?pk=113

1
March 2008, Tiwanaku, Bolivia

W zasadzie tylko z mojej inicjatywy zebralismy dzisiaj nasze kupry z La Paz i pojechalismy do Tiwanaku. Miejsce to w Ameryce Poludniowej jest jakby odpowiednikiem europejskiego Stonehenge. Mozna zobaczyc tu pozostalosci kultury Tiwanaku - starszej niz inkaskiej. Miejsce to jest wpisane na liste Unesco. Bilet wstepu: 80 bolivianow. Lekko ponad 10 USD. Uwazamy to za lekka przesade. Bilet obejmuje wejscie do muzeum: stoi w nim tylko ogromny obelisk i trzcinowa lodz. Sam obelisk stoi w bardzo klimatycznym, zacienionym miejscu ale zostal przywieziony tutaj z La Paz. Sama lodz jest kopia takich jakimi plywaja ludzie z plemienia Uros na Jeziorze Tititaca (tak na marginesie: mam wlasnie to jezioro jakies 3 min drogi ode mnie. Klikam z Copacabany). Wiec wczoraj w tym muzeum generalnie zobaczylismy tylko 2 eksponaty. Samo muzeum jest wlasnie w trakcie budowy i jak zostanie wykonczone pewnie bedzie to ladny budynek. Tuz obok muzeum jest kolejny budynek w ktorym znajduja sie znacznie ciekawsze eksponaty (ceramika, rzezby, no i mumia w worku - komiczny widok). Pozostala czesc Tiahuanaco to wykopaliska. Mozna zobaczyc 3 stanowiska archeologiczne. Calosc niektorych rozczarowywuje. Uwazam ze warto tam podjechac skoro jest sie juz w La Paz. To tylko 70 km od miasta. Aby sie tam dostac wystarczy wsiasc w busika za 10 bolivianow jadacego do Tiwanaku a odjezdzajacego sprzed starego cmentarza w La Paz. Nawiasem mowiac caly ten region miasta ma zla opinie. Nieopodal tego miejsca znajduje sie ogromny bazar. Warto sie przejsc. Mnie na widok i zapach sprzedawanego na ulicy miesa i ryb zebralo na mdlosci. Najciekawszy produkt jaki zauwazylem: swinskie nogi. To byl caly asortyment jednej ze sprzedawczyn:) Na bazarze handluja doslownie wszystkim. Ciasno tam i tloczno, ludzie mieszaja sie z autami. Przejechac sie z Bolivijczykami ciasnym busikiem (kierowca wpycha tyle osob ile sie tylko da) - fajny klimat. Swinie w kagancach pasa sie przy drogach, ludzie reperuja auta na ulicach (wlacznie ze szpachlowaniem), wsiadaja i wysiadaja z busikow w biegu. Bolivijczycy sa w porzo, za przejazdy biora od nas taka sama kase jak od miejscowych. Sa pomocni: po powrocie do La Paz w locie przesiedlismy sie do innego busika jadacego prawie pod nasz hostel. Nadmienie ze busika tego zatrzymal dla nas pomocnik kierowcy kiedy stalismy w korku.) Cena za busa - 1 boliviano. W drodze powrotnej do La Paz zdrowo popadalo przez co zmuszeni bylismy do przejazdu przez rzeke okresowa. Jeden bus utknal juz na wjezdzie. Na ulicy minelismy kawal jakiegos kudlatego miesa z flakami na wierzchu, tuz obok kobiety rabia kilofami ziemie. Widze ze nikt tu ich nie oszczedza. 
 Wracajac z Tiwanaku tak jak weczesniej nadmienilem oczekujcie ciasnoty. Ja jechalem z widokiem na przeslodkie bolivijskie dzieci a zaraz obok mnie siedziala sobie kobieta ktora co jakis czas odbijala glowe od mojego ramienia (przysypiala) a juz na wejsciu karmila piersia.  Kierowca juz z dala trabi na czekajacych przy drodze potencjalnych klientow. Aha, busiki odjezdzaja z La Paz co kazde pol godziny. W Tiwanaku kierowca poczeka na Ciebie jezeli nie zobaczyles jeszcze wszystkiego do konca a nie potrzebujesz juz za duzo czasu. Jezeli juz tylko wydostaniecie sie z miasta szosa jest w miare ok. Aha...tutejsza restauracja nie nalezy do najlepszych. Nie polecam.Danie za 50 bolivianow na 2 osoby (kurczak, ryz, pare kawalkow pomidora) raczej rozczarowywuje. Przeplacilismy. Za to nie przeplacilem za butelke wodki. 0,75 litra kupilem za 11 bolivianow ( 1 USD=7.5 boliviana. 1 USD=teraz chyba 2.50). Alkoholicy, tu jest raj na ziemi:)
 Co dzis. Dzis niedziela, 2 marca. Rano zrezygnowalismy z 18 godzinnej tulaczki busikiem do Rurenbaque i postanowilismy wyjechac nad Jezioro Titicaca. Dzungle zaliczymy w inny sposob. Oszczedzi nam to odparzen na tylku i scierpnietych nog. W busie spotkalismy mile towarzystwo z Niemiec (Ana  zrodzicami). Jutro zabieramy sie z nimi na Isla del Sol. Dzis nie dalo rady bo przyjechalismy za pozno. Bylismy namawiani na prywatna lodz ale to koszt okolo 200 bolivianow. Jutro poplyniemy tam (jakies 1.5 h) za 25 bolivianow w obie strony. Napotkany Amerykanin ostrzegl mnie ze czasami przewoznicy zawoza Cie na wyspe i wcale na Ciebie nie czekaja tylko lapia komplet pasazerow i zwijaja zagle. Chcesz wrocic musisz zaplacic kolejnemu przewoznikowi. To pierwszy objaw nieuczciwosci ze strony Bolivijczykow o jakim slyszalem. Cena hosteli waha sie tutaj od 15-25 bolivianow za noc. Jezeli zostajecie dluzej targujcie sie, zejda z cena. My pozwolilismy sobie na burzujstwo:25 za noc. Za 2 rolki papieru toaletowego i mydlo musimy doplacac jeszcze 3 boliviany. Skanadal! Dzis zalapalismy sie tez na swiecenie aut. Dodaje kilka fotek. Wkrotce: trzcinowe wyspy plemienia Uros. Pozdrawiam;) Ps. drogi tu internet. Najtanszy znalazlem za 8 bolivianow. Wszedzie chca 12. Paranoja.

3 March 2008, Copacabana, Bolivia

Dzis nie chcialo nam sie jechac na Isla del Sol. Poza tym padalo rano wiec sie wyspalismy porzadnie. Potem powloczylismy sie po miasteczku, poszlismy na okoliczna najwyzsza gore porobic foty, ponarzekalismy w drodze powrotnej no i w koncu rozpilismy piwo kolo kosciola obserwujac pania z taczka i walesajace sie dookola prosiaki:) Wyspa jutro. Podaje link do strony ze zdjeciami ktora prowadzi Krzysiek na onet.photo.

http://foto.onet.pl/2jzuk,wo2crcx1cwor,u.html?V=1

4 Marzec 2008, Isla del Sol, Bolivia (w zasadzie juz Peru ale nadrabiam zaleglosci;)

 Na Isla del

 

Dzisiaj stronę odwiedziło już 11 visitors (68 hits) tutaj!
=> Do you also want a homepage for free? Then click here! <=