Jacko2007/2008
South America Expedition 2007/2008 - Colombia




Zyczcie nam powodzenia;) Jakos mam obawy zeby tam jechac ale nie mamy wyjscia. Lot powrotny do Europy z Bogoty!

2 May 2008, Bogota 16.35

Ok, jestesmy w Bogocie juz w mieszkaniu Diany. Co dalej? Napisze aby znajde wolna chwile. Jak na razie zostawiam Wam link:
http://es.youtube.com/watch?v=pXtvGsYS0UM

5 May 2008, Bogota, Colombia

 1 kubek najlepszej kawy na swiecie;) Our first cup of the best coffee in the world;)



   Me, Ruth, Rzepa and Diana at the place where Bogota was founded in 1548



Dzis mamy lot do Leticii, na pograniczu Kolumbii i Brazylii. Jak sie uda wezmiemy lodzi splyniemy z biegiem Amazonki do Manaus w sercu amazonskiego lasu. Ok, ide kupic cos na komary;) Pa

17.50 Leticia, pogranicze Kolumbii, Brazylii i Peru

Na komary nie musze juz nic kupowac bo dostalem w prezencie od Diany cos jak mydlo i mam sie tym nasmarowac zanim wyruszymy do dzunglii. Wlasnie: wyruszymy. Latwo powiedziec. Jestem juz tu na miejscu i jak sie okazuje jezeli chcesz to zrobic za w miare sensowna cene moze to byc trudne. Cena minimalna za prywatnego przewodnika po wstepnych negocjacjach to 60 USD za dzien. Juz na lotnisku zaczelismy byc zaczepiani przez tubylcow oferujacych nam takie wyprawy. W cene wliczone jest jedzenie (3 posilki dziennie), moskitiera i buty. Jedzie sie tez do wioski indianskiej gdzie podobno sami indianie nie chodza w jeansach tylko zyja jak ich przodkowie. Na zdjeciach wyglada to obiecujaco. Mozna zlowic sobie piranie, poszukac w nocy kajmanow z latarka, popiescic leniwca:) i pobawic sie z anakonda. Jest pora deszczowa wiec Amazonka wezbrala. Z tego co wiem w takich warunkach trudniej jest zobaczyc anakonde ktora lubi podmokle ale nie zalane calkowicie tereny. Kazdy przewodnik niby jest mistrzem w swoim fachu. Jutro czeka nas trudny dzien. Dzisiaj jest nadal swieto, wszystkie agencje sa pozamykane wiec trudno cos wynegocjowac,. Wazne jest ze zdobylismy stosunkowo tanio dosc fajny hotel. 10 USD za dobe co jak na tutejsze wyzylowane warunki wydaje sie bardzo dobro oferta. Nie wydaje sie, jest! Cena za taxe z lotniska to 5 tys peso ( 1 USD to 1620 peso kolumbijskich) Kierowca byl w porzadku, nie zdarl z nas poniewaz jestesmy gringo. 
 Sam lot z Bogoty w te rejony trwa 1.45 godz i kosztuje 280 USD w obie strony. Nie jest to tanio ale generalnie polaczenia lotnicze w Ameryce Poludniowej nie naleza do tanich. Samolot dobrej jakosci, w cene wliczone jest tylko ciastko i kubek pepsi. 
 Moglismy pojsc do dzungli takze w Ekwadorze ale podobno nie jest to typowa dzungla amazonska tylko las deszczowy. Byloby taniej (3 dni za 120 USD) ale wydaje mi sie ze faktycznie czulbym niedosyt po tej wyprawie gdybym nie zobaczyl tego co na tym kontynencie jest najwazniejsze i unikalne, co w takiej skali wystepuje tylko tutaj. 
 Sama Leticia to dosc male ale stosunkowo dobrze rozwiniete miasteczko. Jest tu wszystko co potrzebne do zycia turyscie. Hotele, hostele, restauracje, kafeje internetowe (1300 peso za godzine). Pelno tu motocyklistow w czesto zabawnych helmach. Spodziewalem sie dziury, zastalem dosc niezle wygladajace zaglebie turystyczne. Ze wzgledu na dzialalnosc FARC  wstep w niektore rejony Amazonii w Kolumbii nie nalezy do najbezpieczniejszych wiec lepiej sie trzymac w miare utartych szlakow. Nigdy nie wiadomo gdzie mozesz wdepnac. Zreszta zycie w Kolumbii jest dosc dziwne. Niby toczy sie normalnym torem jak wszedzie indziej, niby nie widac ze kraj ten toczy trwajaca juz ponad 40 lat wojna domowa jednak czuc tutaj poczucie zagrozenia. Taksowki nie powinno sie lapac na ulicy, ludzie zamykaja sie dosc dobrze w domach. W glowie siedzi ciagle mit gringo porwanego przez sily FARC dla okupu. A FARC potrafi byc okrutny. Np: pomimo apelu chorego i umierajacego na raka dziecka (jego ojciec zostal porwany przez FARC) bojowkarze zabili ojca nie otrzymawszy na czas okupu. W tym bezkresie lasu ciezko ich wytropic. 
 Podobno FARC na poczatku swojej dzialalnosci mial inne cele jednak z czasem najwidoczniej zapomnieli po co powstala ta organizacja i obecnie utozsamiaja wszystko co najgorsze w Kolumbii. Rodzice Diany w latach 50 byli wlascicielami dobrze prosperujacej plantacji kawy. Nagle jednego dnia stracili wszystko. Przyszli bojowkarze z FARC i kazali im sie wynosic. Wiekszosc turystow z gory omija ten kraj i jak nasz znajomy Japonczyk spotkany w Potosi wyrywa z przewodnika dzial: Kolumbia aby nie dzwigac zbednego ciezaru. Czy slusznie? Kolumbia ma wiele do zaoferowania i przez taka a nie inna sytuacje polityczna cierpia nie tylko mieszkancy ale i kolumbijska ekonomia.
 Diana i jej maz sa bardzo fajnymi ludzmi. Ona pracuje z bezdomnymi ludzmi, on jest artysta. Wczoraj do 2 w nocy dyskutowalismy o ich pracy i zyciu. Nie tylko ich zyciu prywatnym ale i zyciu politycznym w ich kraju. Skomplikowany temat. Dzieki nim znacznie poszerzylem swoja wiedze o tym panstwie. Moge spojrzec na to wszystko z innego punktu widzenia. 
 Nie sa bogaci ale sa szczesliwi i to jest dla nich najwazniejsze. Tylko dlaczego te ich 5 kotow obsikalo mi spiwor i plecak?!!! Wszystko mi teraz bedzie smierdzialo! Nawet plecak Rzepy stal w sikach. I dobrze mu tak;) 
 Diana podobno jest w stanie zorganizowac nam ponizsza rozrywke. Kliknijcie na link: 
http://www.taraka.pl/index.php?id=ayahua.htm
http://www.erowid.org/chemicals/ayahuasca/ayahuasca.shtml
Dzieki Mariusz;)
Jak wynika z tego tekstu nie jest to rozrywka dla slabych ludzi. Wielu ma powazne obawy aby to zrobic, nawet maz Diany. Jego brat mial takie wizje ze piguly ekstazy przy tym to witamina C. Musze powaznie sie nad tym zastanowic. Jezeli bedzie to mozliwe.....
Moze juz po jutrze znikne na 5 dni w odmetach amazonskiej otchlani;) Popstrykam troche fot i zobaczycie po powrocie Amazonie moimi oczyma. Hej
http://www.uwlax.edu/biology/faculty/Gillis/Amazon-Photo-Album.htm
To z kolei bardzo interesujacy film na temat Pablo Escobara, najwiekszego potentata narkotykowego wszechczasow:
http://es.youtube.com/watch?v=hbfdtXuf_CI

6 May 2008, Leticia, Colombia

Chyba z niektorymi cenami to ich tutaj pogielo! Wlasnie zaplacilem po 4 dolary za wyslanie jednej pocztowki nie liczac samej pocztowki ktora jest tutaj warta prawie calego dolara! Sorry ale juz chyba nic stad nie wysle bo to najdrozsza poczta na tym kontynencie!
 Nie bylo latwo zorganizowac trip do dzungli bo ceny tutaj tez sa dosc zaporowe. No ale i nasze oczekiwania sa znacznie wieksze niz wiekszosci turystow a to musi kosztowac. Trzeba zorganizowac lodz, paliwo, jedzenie...Jorge ma 16 lat doswiadczenia w fachu wiec nasz wybor wydaje sie byc bardzo dobry. Obgadujac szczegoly wyprawy poznalismy dzis rowniez jego nauczyciela ktory sam okreslil siebie jako dziadka Tarzana;) Skoro Jorge to Tarzan, na dodatek mowiacy wystarczajaco dobrze po angielsku, to podjelismy chyba dobra decyzje.
 Od jutra spedzimy 9 dni w rejonach amazonskiej dzungli w ktore zwykli turysci sie nie zapuszczaja. Zwykli turysci zreszta wyruszaja maxymalnie na 3 dniowe wyprawy wiec nie sa zabierani w naprawde dzikie rejony lasu. Kiedy uslyszalem ze podczas snu beda lazic po naszych moskitierach pajaki ptaszniki, ze bedziemy lazic czesto po pas w wodzie, ze bedziemy rozwieszac hamaki pomiedzy konarami drzew i tak spac a pod nami bedzie rzeka mialem ochote zmienic zdanie (zartuje;) ale bylo juz za pozno. Zaplacilem za ten masochizm. Podobno pojedziemy tez do jakiegos plemienia indianskiego ktore nie zastrzeli nas juz na wejsciu uzywajac dmuchawek ze strzalkami zamoczonymi w currarze. Ci ludzie w dalszym ciagu rozwiazuja swoje problemy jak ich przodkowie. W Ekwadorze uslyszelismy ze czlonkowie jednego plemienia zabili kogos z innego plemienia bo ten wlazil na ich teren i scinal drzewa. Pewnie takich przypadkow jest wiecej tylko o nich nie wiemy. 
 Ok, jakie sa ceny. My dogadalismy sie prywatnie z Jorge wiec nasza cena to naprawde okazja. Tylko i nie tylko 550 USD za 9 dni. To bardzo dobra cena zwazywszy na to, ze zwykly 3 dniowy tour z agencja kosztuje tutaj ok. 350 USD. Jorge rowniez pracuje dla agencji ale idac do dzungli w ten sposob dostaje znacznie mniej kasy niz od nas bo musi sie z nia podzielic zyskiem. 
 Od jutra bedziemy zdani tylko na niego. Na jego wiedze i uczciwosc. Mam nadzieje ze nie zostawi nas tam gdzies posrodku niczego;) Tam istnieje realne zagrozenie ludzkiego zycia i musimy sie z tym liczyc. Weze, komary (podobno malaria nie jest wliczona w cene - zartuje Jorge), pajaki, krokodyle i wszelkiej innej masci wynalazki natury. Zyczcie powodzenia. Aha... W Leticii nigdy nie wiesz kiedy bedziesz mial prad a juz jak jest to kiedy go wylacza. Wczoraj spedzilismy wieczor przy swieczce. Widok buczacych agregatow pradotworczych na ulicach to normalka. Poza tym zeby przejsc na druga strone ulicy tez trzeba sie czasem napocic bo ruch motocyklowy w tym miejscu jest najwiekszy jaki w zyciu do tej pory widzialem!

8 May 2008, 09:30 AM, Wioska indian Yaguas-Tucusara

Naprawde chcialbym cos napisac ale wlasnie indianskie dzieci wkladaja mi z obu stron glowy palce do uszu i pewnie juz wyciagaja wosk bo przez jakis czas ich jednak nie mylem!
 Juz od wczoraj otacza nas ciekawski tlum dzieciakow Yaguas-Tucusara a na moich plecach siedzi wlasnie adoptowana przeze mnie papuga. Nie opuszcza mnie na krok, jest jak wierny pies. 
 Indianskie zycie zaczyna sie bardzo wczesnie rano  i konczy bardzo wczesnie wieczorem. Nie pospalem dzis za dlugo.  Juz o 3.15 rano obudzily mnie pierwsze odglosy codziennego zycia z chaty naprzeciwko. O 5:45 zycie toczy sie juz tutaj pelna para. Uwielbiam tutejsze dzieciaki. Wczoraj prawie nas zameczyly po tym jak pokazalismy im kilka prostych gier. Wlasnie wszystkie do mnie podeszly i zaczely ciekawsko spogladac na kartke pepieru na ktorej pisze. Moment:) Zaraz napisze dalej. Teraz znowu maluje  dlugopisem tatuaze na ich rekach: kwiatki, diably i serduszka dla dziewczynek. Poza tym musze jedna nauczyc liczenia po angielsku do 10. Jest ambitna! Chce od razu do 20! Ok, no problem;)
 Juz nie pamietam ile razy robilem od wczoraj za cavalio (hiszpanski: kon) i wozilem je na grzbiecie i ile razy wirowalem z nimi wokol wlasnej osi robiac karuzele. Straszne z  nich rozrabiaki. Srodkiem betonowego chodnika, w deszczu idzie kolejny goly dzieciak. Rzepa mowi ze chyba jestem pedofilem bo tyle narobilem im zdjec jego aparatem. Nic na to nie poradze ze sa takie fotogeniczne. On z kolei jest lekko zawiedziony bo jak do tej pory nie widzial za wiele jedrnych indianskich piersi, same jakies obwisle i nieapetyczne. Caly Rzepa, w glowie zawsze to samo:) Smaruje sie co kilka godzin srodkiem na komary bo inaczej zzarly by mnie zywcem.
 Wczorajsze polowanie na anakondy zakonczylo sie niestety niepowodzeniem. Moze to i dobrze ze nie widzielismy zadnej bo samo otoczenie przyprawic moglo o palpitacje serca. Brodzilismy po pas w brunatnobrazowej wodzie, pomiedzy ogromnymi, oplecionymi lianami drzewami i dziesiatkami gatunkow roznych nieznanych nam roslin. Kilka razy cos otarlo sie o moje nogi co wystarczajaco podnioslo moj poziom adrenaliny. Niektore miejsca byly na tyle glebokie, ze nasz przewodnik z powodu jego niewystarczajacego wzrostu musial zrezygnowac z daleszej eksploracji i zawracalismy razem z nim. Nie chcielismy aby przez nas utonal! W tym srodowisku nawet niby zwykla, zlotego koloru zabka ktora skoczyla na jego lysine moze byc grozna dla ludzkiego zycia. I w rzyczywistosci byla.
 Bez prysznica, bez toalety, lepiacy sie od potu i kremu odstraszajacego komary czekamy az przestanie padac deszcz i wyruszymy do dzungli. 

11.05.2008, Sunday,  Kokalandia;)

Jakos niewiarygodnie malo policzyl mnie wczoraj w sklepie za 2 pary baterii alkaicznych i dlugopis. Tylko 2 tys. peso? Pewnie sprzedawca pomyslal ze mam zamiar uzyc tego dlugopisu do podpisania umowy i dlatego dal mi discount:) Trzeba dbac przeciez o interesy calej spolecznosci wioski. To nie jest turystyczne miejsce. Nigdy nie bylo i nie bedzie. Tu nie przyjezdzaja turysci. Co najwyzej kontrachenci podajacy sie za turystow. Jestesmy z powrotem w Peru, tym razem od strony peruwianskeij selvy. Nie znam nazwy tej wsi, wiem tylko ze plynaca tuz obok rzeka to Kajaru. Cale to miejsce zyje z plantacji koki. Wszyscy o tym wiedza: rzad peruwianski, rzad amerykanski, miejscowa policja i nikt z tym nic nie robi. Wszystko jest oplacone. Zanim sie tu dostalismy musielismy minac punkt kontroli peruwianskiej policji rzecznej. Gdzie plyniemy, po co i na co, na jak dlugo, potem spisanie naszych dokumentow. W samej wsi patrza na nas bynajmniej dziwnie. Nie tak jak w poprzedniej ktora opuscilem z lezka w oku patrzac na stojace na brzegu, machajace nam na pozegnanie kolumbijskie dzieciaki. Wsrod nich byla ,,malpka", w zasadzie Kevin, nie wiem dlaczego moj faworyt. Maly rozrabiaka. Fajnie by bylo pomoc tym ludziom, bedziemy musieli o tym z Rzepa pomyslec. W kolumbijskiej wiosce bylismy ciekawostka, tutaj patrza juz na nas z dystansem. 
 Koka zmienia radykanie zycie. Nie tylko finalnego odbiorcy. Takze producenta. Joel, nasz barylkowaty przewodnik:) ostatni raz byl tutaj w 2002 roku i jak sam twierdzi wczoraj nie mogl rozpoznac tego miejsca. Kiedys bylo tu tylko kilka chat na krzyz i krzaki. Teraz jest tu okolo 2500 mieszkancow, pelno sklepow, jest boisko, ponad wioska goruje przekaznik telefonii komorkowej (trzeba miec bezposredni kontakt z odbiorcami w USA, a noz widelec trzeba bedzie podwoic lub potroic produkcje bo wrosl popyt na rynkach swiatowych  sa knajpki, prawie kazdy dom ma swoj wlasny agregat pradotworczy. W poprzedniej wiosce byl tylko jeden na cala wies i wlaczali go tylko na 2 godziny dziennie. Koszt takiego urzadzenia to minimum 600 USD. Ciekawe jak posrodku takiego zadupia ludzie moga zdobyc pieniadze  na tyle agregatow. Podobno wies taka jak ta nie istnieje dluzej niz 5 lat. Potem prawdopodobnie przenosi sie plantacje na inne miejsce. Byc moze zmienia sie wladza i znajduje sie ktos spoza ukladu kto chcialby sie wykazac. Kto wie.
 Nasz dom to chyba centrum zycia kulturalnego wsi bo wszyscy siedza na schodach i dyskutuja. Zreszta jak mowi Rzepa tu nawet koles ktory muruje ma od razu 4 widzow. Ok, musimy isc z Joelem na ,,city tour", skoncze jak wroce. Musze nawiazac nowe kontakty biznesowe. W nastepnym roku mam zamiar kupic jacht i bentleya a nie mam zamiaru zbytnio sie przemeczac!

15 min pozniej.
 
To byl bardzo krotki city tour. Dziwna atmosfera. Wszyscy sie na nas patrza. Darujemy sobie. Juz o 08:30 siedzimy na lodzi czekajac na Joela. Niby ludzie sa mili ale cos nam tu nie pasuje. W poprzedniej wiosze tez sie na nas patrzyli ale mysle ze bardziej przyjaznie. Tutaj gapia sie sie na nas chyba bardziej bezposrednio. Ciuuuul, dzieciak zrobil wlasnie kupe centralnie do rzeki. Jakas kobieta tuz obok robi pranie w rzece. Ci ludzie nic tu nie robia. Moze dlatego ze jest dzis niedziela. Zreszta, wczoraj byla sobota i widok byl podobny. Wstaja, siada i siedza. Mnie by chyba szlag trafil. Na brzegu, tuz obok walajacych sie smieci, pelno lisci koki. Nasz przewodnik bierze jeden i wklada sobie do ust. Ja bym nie ryzykowal, kto wie, moze ktos na niego wczesniej nasikal. W tym miejscu to bardzo prawdopodobne.

08:40 

Juz plyniemy. Wczorajsze nocne polowanie na kajmany z latarka w reku zakonczylo sie polowicznym sukcesem. Polowicznym bo nie zlapalismy zadnego. Widzielismy jednak ich czerwone, odbijajace sie w swietle lampy, wystajace ponad powierzchnie wody oczy. Mi to wystarczylo, Rzepa jako ze jest jak Indiana Jones od razu chcialby na jednego wskoczyc i pojezdzic na grzbiecie. W sumie byloby to mozliwe bo niektore z nich maja 7 metrow dlugosci. 
 Wszyscy mysla ze Kolumbijczycy to najwieksi producenci kokainy na tym kontynencie. Podobno to mylna teoria. Oni tylko maja technologie i laboratoria. Najwieksze plantacje lisci kokainowych sa w Peru i Bolivii. I to za przyzwoleniem wladz, nie tylko miejscowych. 

12:45 

Juz z powrotem w domu gdzie spedzilismy pierwsza noc. Po drodze jeszcze odwiedzilismy znajomych Joela ktorzy trzymaja w domu oswojonego ocelota. Super kociak. Juz po kilku minutach zaczal sie z nami spouchwalac i zaciskac zeby na naszych rekach i szyi coraz mocniej wiec trzeba bylo wiac stamtad czym szybciej. Pozniejsze przedzieranie sie waskim kanalem przez dzungle w kierunku jeziora gdzie zyja wystepujace tylko tutaj rozowe delfiny, wsluchiwanie sie w odglosy zwierzat i ptakow to przygoda na miare filmow z Indiana Jonesem. Widok rozowych delfinow to unikat sam w sobie. Obserwowalismy ich plasanie z lodzi, posrodku jeziora, o zachodzie slonca. Plywaly obok nas i pod nami. Brak skali porownawczej. Jeden z najbardziej niesamowitych widokow jaki przetoczyl sie przed moimi oczyma w calym moim zyciu. 

12 May, Monday, 09:45

Pode mna woda, nade mna woda. Od rana, moglbym wrecz rzec ze od nocy, leje jak z cebra. Spedzamy czas wszyscy razem na nic nie robieniu i czekaniu na zmiane pogody. Dom na palach, z desek, kryty trzcina, schody schodza centralnie do rzeki. Aby przedostac sie do chaty obok musisz poplynac lodka. Zza sciany dochodza odglosy zycia z sasiedniego budynku. Az trudno to sobie wyobrazic ze w 21 wieku ludzie potrafia nadal zyc w tak prymitywnych warunkach. Prymitywna kuchnia, w niej podstawowe sprzety: kilka aluminiowych garnkow, plastikowe kubki, palenisko to kilka cegiel a na nich ruszt. Ludzie spia na podlodze, pomiedzy porozrzucanymi ubraniami, w jadalnio-sypialni tylko 1 hamak, na scianach kilka stron z gazet. Komary to nieodlaczni towarzysze zycia tych ludzi. Pelna asymilacja z otaczajaca ich natura. Szkoda tylko ze smieci wyrzucaja do rzeki i tam tez zalatwiaja swoje potrzeby fizjologiczne. No ale jakie maja wyjscie. Smieci mogliby przynajmniej palic. Kilka tys. km z tad widzisz najnowsze wynalazki ludzkosci i wydaje Ci sie ze ty tez ich oczywiscie potrzebujesz. Pani na reklamie jest szczesliwa uzywajac najnowszego dezodorantu. Jezeli Ty go nie bedziesz mial bedzies nieszczesliwy. I tak z tysiacami innych rzeczy. Sila reklamy. Ci ludzie nie maja nawet czegos tak dla nas oczywistego jak elektrycznosc i funkcjonuja. 
 Co najbardziej poraza to doroslosc tutejszych dzieci. Nie tylko w wioskach indianskich, na calym tym kontynencie. Im mniej cywilizowany kraj tym doroslejsze dzieci. Moze tylko ze 2 tys km stad, w Asuncion, w Paragwaju, piecioletni Raul nadal spi ze swoja mama i ciagle zaklada na noc pieluche. Tutaj od najmlodszego wieku jedne dzieciaki opiekuja sie drugimi, sa takie samodzielne. Nie tylko troszcza sie o rodzenstwo. Piora w rzece, potem rozwieszaja ubrania na sznurkach. Przyklady mozna by mnozyc. Rodzice moga je zostawic a one i tak sobie poradza. Z jednej strony sa tak samo rozbrykane jak ich rowiesnicy z innych krajow, z drugiej zas doroslosc widac w ich oczach. 
 Odnosimy z Rzepa wrazenie ze Ci ludzie w wiekszosci sa bardziej sklonni do brania niz dawania. Rzepa poczestowal naszego gospodarza z kokainowej wioski ciastkami a ten od razu wzial pol paczki. Jego zona nakladala prawie w ciemnosci, tylko przy swietle swieczki, jedzenie do misek wiec pozyczylem jej mojej ,,czolowki" a ona od razu pomyslala chyba ze to prezent dla niej i pozniej wyslala do mnie meza z zapytaniem jak to sie wlacza i wylacza. Myslalem uzyc podstepu aby pozniej od niej ta latarke wydebic.  Poczestowalem jedna pania wafelkami a ta wziela cala paczke na raz. W spolecznosciach takich jak te wszystko nalezy do wszystkich i trzeba byc ostroznym. 
 Po calonocnej, zorganizowanej w kosciele imprezie w peruwianskiej wiosce jeszcze wczoraj rano widzialem ze niektorzy nie zdazyli wytrzezwiec i chodzili chwiejnym krokiem. Coz, kokainowy interes kwitnie wiec sa pieniadze. Brak tylko pozytecznego celu na ktore by je mozna bylo wydac. Zreszta, co ja sie dziwie. Po calym tygodniu pracy ludzie pija wszedzie a Irlandczycy sa w tym mistrzami. Szkoda tylko ze prowadzi to do samozaglady tych spolecznosci. Naprawde trudno juz spotkac prawdziwych indian zyjacych tak samo jak ich przodkowie wieki temu. Potrzeba 2,3 tygodni spedzonych na lodzi aby do nich dotrzec. 
 Z innej beczki. Nasz przewodnik chyba bardzo mnie polubil. Chros z tego co wiem mniej przypadl mu do gustu. Dlaczego? Byc moze dla tego ze on potrafi wyklucic sie o swoje. Ja nie oponuje, w koncu jest w trakcie tej podrozy moim personal assistant i reprezentuje na zewnatrz takze moje interesy he he he
Mam nadzieje ze jest dla mnie taki mily i czestuje mnie kaszasa bo mnie po prostu lubi a nie dlatego ze jest podstarzalym indianskim homoseksualista. Moze mam mylne wrazenie ale mam i takie podejrzenia;) Dzis rano wlazl pomiedzy mnie i Rzepe, pod nasza moskitiere i walnal swoje barylkowate, polnagie cialo spedzajac nastepne 20 minut na ogladaniu z nami zdjec i gadaniu czasem sprosnych tekstow. Poczulem sie zagrozony i ewakuowalem sie wraz z Rzepa na zewnatrz umyc zeby.
Poza tym Joel wymyslil juz dla nas nowe rozrywki, takie jak: wizyta u lokalnego szamana, ogladanie malp ze szczytow wysokich drzew i wizyta w miejscu gdzie trzymaja wiele gatunkow wezy. Chce przedluzyc dla nas o 1 dzien pobyt takze w tym miejscu gdyz chce nam pokazac wymierajacy gatunek ryby wywodzacej sie jeszcze z czasow prehistorycznych. Moze faktycznie odnosze tylko mylne wrazenie, moze stara sie nas tylko zainteresowac? Niezaleznie od jego preferencji sexualnych: bardzo podobalo mi sie to, co powiedzial wczoraj na lodzi. Ten ekosystem powoli umiera a zadaniem jego zycia  jest aby jego dzieci i dzieci ich dzieci mogly takze cieszyc sie widokiem np. rozowych delfinow. I za to go bardzo cenie i podziwiam. 

Ten sam dzien, kilka godzin pozniej.

No i z dalszych planow nici. Rzepa pocial sie z Joelem o kase i ostatecznie wracamy do Leticii. W nienajlepszym nastroju wracamy z powrotem do miasteczka. O co poszlo dokladnie? To dluga historia do opowiadania przy piwku. Szkoda na nia jak na razie czasu. Za to nie szkoda czasu na kilka slow o selvie,czyli amazonskim lesie. 
 Wynajelismy dwoch przewodnikow- Jose i Chorhe. Jeden z nich szedl z przodu, kolejny z tylu. Dzungla to miejsce budzace respekt. Tu ksztaltuja sie charaktery. Tu czesto wymiekaja najwieksi twardziele.  Nie ma dziwne ze kilka stuleci temu populacja Hiszpanow spadla o polowe;) Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak duzo czyha tam niebezpieczenstw. Na pierwszy rzut oka niby zwykly las. Wejdz do srodka a zobaczysz inny, niebezpieczny swiat. Mrowki conga (tylko od 3 do 5 ukaszen wystarczy aby umrzec, nasz przewodnik jak je zobaczyl az  cofnal sie z wrazenia), wypelzajace z dziur w ziemi tarantule (Jose wygrzebal jedna z dziury specjalnie dla nas),  toksyczne zaby, weze....Jest tego syfu od cholery. Szlismy w deszczu, brodzac czesto w blocie, spoceni i klejacy sie od potu. Mielismy okazje zobaczyc rowniez na zywo niby tak odzywcze biale robale zyjace w pniach drzew (nawiasem mowiac nikt nigdy by mnie nie namowil abym mial odgryzc jednemu z nich czerwony leb, sa obrzydliwe!) Spiac w dzungli na hamakach, pod moskitierami (odkrylem ze komary to w tym lesie jeszcze nie jest taki wielki problem, zaczely nas gryzc do tego takze jakies dziwne, natretne muchy i na dodatek meszki) mozesz posluchac zycia w lesie. Slyszysz odglosy zwierzat, powietrze pod wieczor az wibruje od dzwieku milionow komarow i innych insektow. Nasi przewodnicy przygotowali rowniez dla nas kolacje. Co najlepsze: wode na ryz wzieli centralnie z brazowej rzeki. Cale szczescie ze dobrze sie przegotowala! Mieso z kurczaka pozostawili na pastwe much wiec tez trzeba bylo je dobrze obsmazyc. Na koniec kolesie poszli i napili sie tej wody bez przegotowywania. Ich uklad odpornosciowy jest zupelnie inny wiec nic pewnie im nie grozi. 
 W Ameryce Poludniowej jest tak. Jak wyjezdzasz ostrzegaja Cie: nie pij nieprzegotowanej wody, pij tylko wode z butelek. Przyjezdzasz na miejsce i zycie wyglada troche inaczej. Jesz zupe w restauracji, pijesz herbate, pijesz soki. Myslisz ze to wszystko jest z butelkowanej wody a nie z kranowy? Mozesz sie lekko zdziwic. Mozesz pilnowac sie cala podroz i tak i tak w ktoryms punkcie programu mozesz cos zalapac. Dlatego jak przyjade od razu pierwsze kroki musze skierowac do lekarza. Kilka ciekawych linkow, swoje zdjecia dodam w Bogocie.
Mrowki Conga:
http://www.earlham.edu/~royseel/congaantpage.htm
Tarantule:
http://images.google.com.co/images?um=1&hl=es&q=tarantule&btnG=Buscar+im%C3%A1genes

14 May 2008, 16:50, Leticia, Colombia

 Zaplacilismy wczoraj wlascicielowi hotelu za 2 dni z gory w dolarach (wcale nielatwo je bylo tutaj kupic) a dzis dowiedzielismy sie od recepcjonistki ze te dolary sa be bo banknoty sa zgiete. Dziwni sa tutaj czasem Ci ludzie. Skoro nie chce naszej kasy to pojdziemy gdzie indziej, laski bzy. No i poszlismy. Mamy wypasiony pokoj z ogromnymi lozkami, na dole basen, posrodku basenu mala palma, przy basenie restauracja i bar z drinami. i to za 15 USD za dobe bo oczywiscie cena poszla po krotkich negocjacjach w dol;) Czekamy na powrot do Bogoty relaksujac sie ile wlezie. No z tym relaksowaniem sie to lekko przesadzam. Jeden z kolumbijskich sportow ekstremalnych to kanal muzyczny z ich muzyka. Pekamy ze smiechu. Ale wiocha. El mariach spiewaja jak to kochaja tutejsze kobiety, jakie to one sa piekne, ze sa gotowi dla nich umrzec i tego typu tam kolumbijski odpowiednik disco-polo. Zenada ale mi sie podoba. Niezly folklor. Aha. Kanal National Geographic to tutaj tez chyba jeden z kanalow narodowych. I dobrze!

                                            Only a few photos...The Amazon River





















          Kevin:) My favourite kid. Me and Chris are going to help all his family













                                                        Joel, our guide









                                                 As lazy as me (sometimes;)





                                      Me and Joel - Hunting for anacondas



                                                       Polish Tarzan



                                            Sailing deep to the jungle - Chris







    Milions in my hands - I will let you guess what I am keeping in my hands, Peru





                                          Tomorrow more photos  01:50 AM Bogota







                                                We slept here one night

















                                               The agony of The Amazon Jungle:(



                                               Ugly villages instead of the jungle



17 May 2008, 17:35, Bogotá, Colombia

Wczoraj wieczorem zakonczyla sie nasza amazonska przygoda. Wrocilismy juz do Bogoty. Sylwia, pisalas ze pewnie rzeczywistosc w Amazonii nie wygladala tak ,,rozowo" jak na zdjeciach. Amazonia to jedyne miejsce w Ameryce Poludniowej gdzie chyba bylo jednak tak ,,rozowo" jak na zdjeciach. Gdyby wyplenic stamtad tylko te cholerne komary...
Dzis jedziemy do szamana  pozygac sie od yaje i odkryc przy okazji sens swojej egzystencji. Podobno sraczka tez sie zdarza wiec trzeba bedzie wziac ubrania na zmiane. To bedzie juz nasza ostatnia ekstremalna przygoda na tym kontynencie. Oby nie ostatnia w zyciu;) Yaje to nie narkotyk, to lekarstwo na zyciowe rozterki. Pomaga otworzyc i oczyscic swoj umysl przy okazji oczyszczajac takze jak widac cialo - he he. Czy osiagnalem zamierzony cel? O tym juz jutro. Dla przypomnienia podaje link:
http://www.taraka.pl/index.php?id=ayahua.htm









        








                                                           petrol station





                                                                Leticia



                                                       Our hotel in Leticia



                                                        The Mona Lisa



            The Mona Lisa - After 2 years of eating at McDonald"s restaurants



18 May 2008, Bogota 

Wczoraj narodzilem sie na nowo. Tylko teoretycznie. Moze i praktycznie od strony mentalnej? Wpierw dluga, wijaca sie pomiedzy kolumbijskimi wzgorzami otaczajacymi Bogote droga samochodem. Otoczka mistycyzmu. Lekkie obawy. Naczytalem sie sporo o yahe. Pytanie: Jak to bedzie? Przyjezdzamy na mijsce. Yahe to wywar z pewnego specyficznego garunku liany rosnacej w Ameryce Poludniowej. Wedlug wierzen indianskich liany te to wlosy samego Boga. Wlosy siegajace az do samej ziemi. Pijac spreparowany z nich wywar czerpiesz z Jego boskosci. Jezeli ta boskosc smakuje w ten sposob to Bog nie ma latwego zycia. Yahe to jedna z najobrzydliwszych rzeczy jakie mialem w swoich ustach. Przy tym syfie nawet nawet nieposolone avocado wydaje sie byc bardzo smaczne! Ciezko sprecyzowac w slowach ten smak. Obrzydliwy choc myslalem ze bedzie gorszy. Pijac najlepiej po prostu najlepiej wylaczyc na chwile kubki smakowe. To tak jakby sie pilo z powrotem swoje rozcienczone z woda wymiociny. Naprawde ciezko kontemplowac sie tym smakiem ale przeciez nie o smak tutaj przeciez chodzi. Ok, pije. Staram sie nie myslec o smaku. Po prostu lykam i siadam z powrotem na miejsce. Przed nami pali sie ognisko, jest jeszcze kilka osob ktore zdecydowalo sie na ten ,,boski" napoj. Telepie mnie z zimna. Miejsce w ktorym jestesmy to kolumbijska farma, dookola widok na wzgorza. Wypilem i czekam. Nagle przestaje mi byc zimno. Mam jakies haluny ale najbarzdiej w pamieci utkwil mi widok karty muzycznej Sound Blaster Creative 5.1.  Wczesniej zastanawialem sie ktory model kupic, teraz juz wiem. A moze powinienem kupic akcje Creativa?! Yahe pomoglo mi podjac wlasciwa decyzje:) Nagle czuje ze sie zaczyna. Wychodze na zewnatrz i zaczynam wymiotowac. I tak 3 razy tej nocy. Tzn. chcialbym wymiotowac ale w zasadzie nie mam czym gdyz moj zoladek przyswoil juz caly plyn. Co jakis czas widze a raczej slysze odglosy innych uczestnikow ceremonii. Beeee....Buueeee....slychac dookola. Pozygal sie nawet szaman. W oddali z maloki (miejsce w ktorym odbywa sie caly rytual) dochodza odglosy grzechotek i majaczenie szamana. Wracam z powrotem do srodka, siadam przy ognisku aby sie na chwile ogrzac. Rzepa mowi ze nic go wcale nie rusza i musi wypic druga porcje. A podobno szaman przypreparowal bardzo mocny wywar. Jak widac niewystarczajacy mocny jak na polskie warunki:) Ok, ide sie polozyc bo jestem wykonczony.
 Szosta rano. Slysze ze ktos mnie budzi. Wstawaj Jack, szaman chcialby z wami jeszcze chwile popracowac- mowi Andre. Niechetnie ale wstaje i wychodze na zewnatrz. Siadamy na lawce. Obok mnie jeszce jedna osoba. Starszy Kolumbijczyk. Szaman zaczyna obrzed. Zaczyna szelescic wokol naszych cial grzechotka przypreparowana z jakis lisci. Podchodzi do kazdego z osobna i powtarza te same ruchy. Potem pije jakis plyn, bierze go do ust i spryskuje nasze plecy. Polewa nim rowniez czubki naszych glow. Nastepnie przystawia do tego miejsca swoje usta, zasysa plyn i wypluwa. Daje nam rowniez ten plyn abysmy nasmarowali nim swoje rece i twarze. Na tym koniec. Idziemy ogrzac sie przy duzym ognisku w ktorym rozgrzewaja sie rowniez kamienie do kolejnego rytualu, tym razem poswieconemu Matce Ziemi. I to wlasnie ten obrzed uwazam za naprawde ciekawy i ciesze sie ze w nim uczestniczylem. Kocham Ziemie w calej jej okazalosci. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiac. Chcialbym byc w tym samym czasie wszedzie i widziec wszystko. Niektorzy nazywaja to apetytem na zycie. Moj apetyt mnie czasami przerasta. To wilczy apetyt:)
 Nie jestem juz teraz w stanie opisac Wam wszystkiego po kolei. Zreszta slowa nie sa w stanie oddac tej atmosfery. Po prostu trzeba w tym rytuale uczestniczyc. 
 Zaczne wpierw od opisu miejsca gdzie sie on odbywa. Posrodku szalasu zbudowanego wedlug specyficznej konfiguracji a symbolizujacego lono ziemi wykopany jest lekki dolek w ktorym podczas ceremonialu znajduja sie rozgrzane w ognisku kamienie. W trakcie rytualu kladzie sie na nie ziola a nastepnie polewa powoli woda przez co przypomina to saune. Jeszcze przed wejsciem do srodka wszyscy uczestnicy zbieraja sie nieopodal. Staja w specyficznym porzadku, wg. kolejnosci dat urodzin. Przy cichych dzwiekach bebna i czegos w stylu fletu z rak do rak krazy tyton (dla indian swieta roslina, lacznik pomiedzy ludzmi a Bogami) zawijana przez kazdego z osobna w fioletowy skrawek materialu. Zawijajac tyton do srodka kazdy powinien wypowiedziec swoje zyczenie. Nastepnie wszystkie zawiniatka sa zbierane i przywiazywane do jednego sznurka a ten z kolei przywiazuje sie do ,,sufitu" w namiocie. W ten oto sposob wszystkie nasze zyczenia wedruja do nieba. Z rak do rak przechodzi takze joint przypreparowany z tytoniu i kazdy musi sie raz zaciagnac.
 Po tym obrzedzie wszyscy udaja sie do namiotu i tam zaczyna sie glowna, skladajaca sie z czterech czesci ceremonia. Z czterech poniewaz kazda czesc poswiecona jest innemu kierunkowi na ziemi. Kazda czesc obrzedu konczy glosne, wypowiadane przez wszystkich razem: ,,Aho". Na poczatku kazdej czesci wnoszone sa takze do srodka nowe, rozgrzane w ognisku kamienie. Indianie wierza, ze skaly sa od zarania dziejow wiec posiadaja najwieksza wiedze. Byly przed ludzmi i roslinami. Pierwsza skala w ognisku jest kladziona centralnie posrodku paleniska i jest peknieta przez co osoby przebywajace w srodku moga posiasc jej madrosc. Kazda nastepna jest kladziona od strony zachodniej zgodnie z kierunkiem ruchu wskazowek zegara.
 W trakcie ceremonii jest goraco jak w saunie. Kazdy scieka woda i potem. Pot wlewa sie do oczu. Kazdy moze tez podziekowac bostwom za to czym go obdarzyly. Zaduch powoduje, ze kazdy jest lekko oszolomiony co poteguje wrazenie niesamowitosci w trakcie spiewow i gry na roznych instrumentach. Kazdy naciera tez swoje dziasla zmielonymi liscmi koki. Wszyscy sa spoceni, siedza scisnieci blisko siebie. Wszyscy jestesmy integralna czescia Ziemi. Z prochu powstales i w proch sie obrocisz. Taka jest kolej rzeczy. 
 Na koniec obrzedu szaman polewa pozostala czescia wody glowy uczestnikow i rozbryzguje ja na ich ciala. W przypadku kobiet- wyglada to calkiem erotycznie, silnie pobudzajaco.  Zapomnialem dodac ze wychodzac i wchodzac do namiotu w wejsciu musisz pochylic sie na kolana i wykonac ruch jakbys calowal Ziemie. Wypowiadasz przy tym slowa: ,,Za wszystkich naszych bliskich". Wychodzac na zewnatrz namiotu, juz po calym, trwajacym okolo 4 godzin obrzedzie, naradzasz sie na nowo. Jestes jak dziecko opuszczajace lono matki.
 Na koniec zimny prysznic i smaczna zupa;) No i kapec  w samochodzie wiec konieczna byla wymiana kola!
 Ps. Z ta karta po czesci zartowalem. To co przezylem i zobaczylem po yahe to moja prywatna juz sprawa. Powiem tylko jedno: nie znalazlem odpowiedzi na pytania ktore sobie ciagle zadaje wiec bede poszukiwal ich dalej. Moze nastepnym razem poszukam odpowiedzi na dalekim wschodzie? Ale to juz temat na  kolejna wyprawe. Jezeli bedziecie zainteresowani mozecie mi w niej towarzyszyc. Chociazby wirtualnie!
 Dzis 19 Maj. Jutro o tej godzinie (19:45) bedziemy juz jedna noga w samolocie do Europy. Do zobaczenia na miejscu. Aho!

                                                              The farm





                                                               Maloka





















                                                         Our wishes



                                                      Todos juntos! All together!



                                                          The puncture



                                    Boris, Diana and her boss - Juan Carlos at work



              Tamy - one of five cats at Boris and Diana"s  house (the bad one!)



                                             Diana and Boris: forever together!



                                           20 May, the final day in Bogotà   14:10



                                                Yagè union Chibchombianos y Polocos



                              Do you recognize this viejo loco man !?

http://www.youtube.com/watch?v=9c5kYohFMmE

5 hours left...

Dzisiaj stronę odwiedziło już 11 visitors (40 hits) tutaj!
=> Do you also want a homepage for free? Then click here! <=