Jacko2007/2008
South America Expedition 2007/2008 - Chile



23 January 2008, Puerto Natales, Chile

Wczoraj po poludniu po wyczerpujacych dniach w gorach dojechalismy do El Calafate. Od biedy wzielismy znowu ten sam hostel. Julian pojechal porannym autobusem, my zostalismy pol dnia dluzej i wyruszylismy jeszczepolazic po lodowcu. Takich widokow nigdy za wiele. Co do samej ostatniej nocy w hostelu. Masakra. Spalismy (trudno to nazwac spaniem!) w jednym pokoju z kolesiem ktory tak chrapal ze myslalem ze mu po prostu prz... lub udusze! Koszmar. Za sciana o 2 w nocy grali na gitarze, za oknem tlukli sie na bebnach. Po prostu nie szlo wytrzymac. Modlilem sie tylko o koniec tej nocy. Na dodatek Rzepa spal na pietrze i pod jego ciezarem polamaly sie sztachety i spadl gosciowi centralnie na tlusty bebech i charczace gardlo!:) Poszedl sie wykapac wczesniej i wiecie co znalazl pod´prysznicem? Kocie gowno, lub psie, nie wiem. Mieli tam malego kota to pewnie jego. Jak bedziecie jechac do El Calafate dajcie znac, powiem Wam gdzie nie mieszkac. A dzis po poludniu? Takiej kontroli nigdy w zyciu jeszcze nie mialem na granicy. W Chile maja fiola! No fruits, no meat! Powyciagali nam wszystkie bagaze z autobusu, wachal je pies. Nas zreszta tez. Przepyrali nam plecaki. Ktos wywalil w autobusie w opakowaniu na okulary marichuane komus na siedzenie. Kontrolowali nam okulary, pewnie szukali opakowania. Na dodatek jak dojechalismy do Puerto Natales i sprawdzilismy maila dziewczyna ktora miala nas goscic zobaczylismy ze nic z tego. Napisala nam ze odcieli im wode na kilka dni i nie moze nas goscic. To niech spada. Niezla wymowka. Szukajac hostelu zaczepila nas starsza pani i pokazala ulotke. Cena ok, 10 usd. Zobaczylismy pokoj. No i... git. W El mCalafate zaplacilismy tez 10 USD (30 peso) i spalismy w okropnych warunkach. Tu mamy prywatny zamykany pokoj,cisza i spokoj. I cena taka sama. Znalezlismy internet za 600 peso chilijskich. Problem bedzie polegal na tym ze nie mozna sie stad wydostac inaczej niz do El Calafate i do Rio Gallegos. Bylismy juz tam 2 razy. Ale bilet do El Caklafate kosztuje 100 peso, do Rio Gallegos 50. Wiadomo, sezon turystyczny kwitnie, wszyscy tam jada teraz. Juz jutro o 14 wyruszamy na 7-9 dni w gory Torres del Paine. Sprawdzcie w wyszukiwarce. Warto. Mt Fitz Roy tez. Aha. Kupa tu Niemcow i ludzi z Izraela. Niektore napisy na sklepach sa nawet w ich jezyku. Samo Puerto Natales- dziura. Jak przezyje ten wysilek znowu cos napisze. Pod Fitz Royem bylo ciezko ale tam juz sie troche zaprawilem. Zapytamy jutro w hostelu, moze bedzie mozna zostawic na tydzien wszystkie zbedne rzeczy. Juz zaczalem powoli robic segregacje. Do uslyszenia. Piter i Edzia, dzieki ze sie o mnie troszczycie. Ty siostrzyczko tez. Hej!


                                                       Hostel w El Calafate






28 January 2008, Puerto Natales, Chile

Ostatnie 3 czy 4 dni daly mi naprawde popalic. Maraton po gorach, w dol i w gore  z ciezkim plecakiem, jedzac tylko makaron w roznych postaciach (nie polecam tylko makaronu z ryba z puszki, obrzydlistwo!) 2 dni temu strzelilismy jakis 20 km non stop. Pot z dupy i z czola. Bez litosci. To uwielbiam. Rzepa wymiekl. Chcialem isc jeszcze nad lodowiec Grey ale skonczyl nam sie gaz w kuchence i na dodatek stalismy cienko z jedzeniem wiec musielismy wrocic. Wczoraj jak burzuje wzielismy prom za 20 dolarow i poplynelismy prosto do miejsca gdzie czekal juz na nas autobus.
 Jak bede wspominal moj pobyt w Parku Narodowym Torres del Paine? Podobaja mi sie te gory. Zawsze marzylem zeby zobaczyc te szczyty. Robia wrazenie. Moze nie z bliska ale jak zobaczycie cala panorame tego pasma gorskiego bedziecie pod wrazeniem. 35 USD za wejscie to duzo. W tej cenie nie dostaniecie nic oprocz biletu. Campy ktore sa bezplatne sa specjalnie rozmieszczone bardzo daleko od siebie. Jezeli padniesz po drodze musisz sie rozbic w platnym lub na dziko. Rzad chilijski zdziera jak moze. Ale raz sie zyje. Krzysiek uwaza to miejsce za zwirowisko. Ja chyba nie. Po czesci sie z nim zgadzam, nie powinno byc tam tak drogo. Z drugiej strony.... Biedni tam nie przyjezdzaja. 
 Tak sie zastanawiam co ludzi pcha do robienia tak dziwnych rzeczy jak lazenie po gorach. Nakladaja te ciezkie plecaki, mecza sie, wspinaja. Po co slepy wspina sie na Everest? Przeciez czlowiek wspina sie zeby rozejrzec sie dookola ze szczytu! Po co Opra Winfrey daje Steviemu Wonderowi luksusowego Rolls Royca? Przeciez i tak go nigdy nie poprowadzi!
 Dzis urzedujemy w domu Yaniry i Viniego w Puerto Natales. Maja farme gdzie prowadza cos jak hotel dla psow. Sami maja ich az piec:)  Grill, piwko,przestrzen, widok na lodowiec z dzialki naszych nowych chilijskich przyjaciol. Przyjechala jeszcze jedna para z Polski- Kasia i Marcin. Dalem czadu na rowerze po okolicy. Pogoda wypas. Juz wkrotce Bolivia.Tam dopiero poczaduje na mountainbiku po najniebezpieczniejszej drodze swiata. Dobrze ze mam dobra polise ubezpieczeniowa!

29 January 2008, Puerto Natales, Chile

Zaliczylem zgon. Wieczorem tak przyczaczowalismy ze niestety przesiedzialem cala noc w lazience. Czulem sie lekko podle. To co mnie spotkalo poznies j spowodowalo ze szybko wytrzezwialem i poczulem sie znowu tak jakbym mial wiatr w zaglach! Poszlismy wszyscy do miasteczka( tzn pojechalismy w 8 osob jedna ciasna taryfa) gdzie na molo zalapalismy sie za free na jazde pontonem i przy okazji do spotu reklamowego Puerto Natales dla Chilijskiej telewizji:) Musicie kiedys sprobowac takiej jazdy. Stoisz na dziobie pontonu, trzymasz line i zasuwasz na maxa po blekitnej wodzie! Fale laduja z prawa i lewa, ciuchy mokre, kamizelka mokra! Super jazda. I nie musielismy nic robic. Koles sam podszedl do Krzyska i zapytal sie go czy nie chcemy poplywac. Jasne ze tak. Moglem przy okazji poogladac stada kormoranow gniezdzace sie na rozlatujacym sie molo. Zaluje tylko, ze nie mam duzego zooma w aparacie.
 Jak zakonczyl sie nasz 1 pobyt w Chile? Yanira i Vini powiedzieli nam na koniec ze tutaj zawsze jest nasz dom w Chile. Nie chcieli abysmy tak szybko wyjezdzali ale co bylo zrobic. Moze jeszcze kiedys ich odwiedze? Kto wie. Na pewno pozostaniemy w kontakcie. 

                                         Me, Chris, Vini and Yanira in Puerto Natales






Sorry 4 not the best quality of photos but they were taken by Vini using a mobile phone:) Shit,  we did not take our cameras:(









                                                  Michal, Kasia, Vini and Yanira



                                                     Michal, Vini and Kasia



                                                          Puerto Natales



                                                         Puerto Natales



                                                         Puerto Natales



                                                     Vini, thank you 4 your bike;)



                                                      Puerto Natales



1 February 2008, Buenos Aires

I znowu po 2 sniach i 2 nocach jazdy jestem z powrotem w tym mrowisku:) Ale nie na dlugo bo za godzine odjezdzam juz do Bolivii. Zaskakujace jak latwo znosze jazde na tak dlugich dystansach. Bez mycia sie, bez szczotkowania zebow. Zaraz znowu czeka mnie jazda przez kolejne 2 dni. Tu juz z powrotem jest bardzo cieplo, w krajobrazie zagoscily na nowo palmy:)Trzeba sie bedzie przestawic na pot z czola i tylka. Trzy miesiace temu wszystko wydawalo sie takie skomplikowane. Teraz moja psyche mysli globalnie. Skok do Japonii? Czemu nie. A moze do Australii? To tylko kwestia biletu. Nie mam tam nikogo znajomego? To nie problem. Wysiade i co dalej? Zawsze cos dalej byc musi wiec i tym razem by bylo.
 Klaustrofobiczne dla Krzyska Buenos od rana tetni zyciem. Zreszta tetni na okraglo. Ludzie myja z rana chodniki, jak mrowki pedza codziennie utartymi szlakami do pracy. Tak samo jak wszedzie na swiecie. 
 Ps. Kilka fotek wiecej z Puerto Natales dodalem do dzialu photo;)

4 February 2008, Asuncion, Paraguay

Zatrzymalismy sie na chwile odetchnac po trudach podrozy. W Asuncion jest juz dla mnie jak w domu. Mam tu wiecej znajomych niz w Polsce i Irlandii:)
 Ok, powaznie. Gosia i Krzychu pytali mnie kiedy jest najlepszy czas aby przyjechac na ten kontynent. Otoz odpowiedz brzmi: ciezko powiedziec. To zalezy od krajow ktore chcielibyscie zwiedzic. Kiedy na poludniu jest pora sucha w polnocnych rejonach trwa pora deszczowa. Tu niby jest teraz lato i pora deszczowa a slonce jest bez przerwy choc wiem ze padalo non stop kilka dni przed naszym przyjazdem. Sprawa wyglada nastepujaco:
Polnoc kontynentu(Peru, Bolivia, itp.itd) najlepiej zwiedzac od maja do wrzesnia. Patagonia- od grudnia do kwietnia. Tak czy siak wezcie ze soba cieple ciuchy bo np. kiedy na polnocy smazy mi sie skora to juz w Argentynie jest chlodniej, nie mowiac o Andach czy poludniowej Patagonii.
Najlepszy czas na Argentyne to wg. Lonely Planet styczen, luty. Bolivie najlepiej zwiedzac pomiedzy majem a pazdziernikiem. Wtedy trwa tam pora sucha. Pomiedzy listopadem i kwietniem jest tam pora deszczowa wiec my mamy niefart:)
Brazylia:od grudnia do marca trwa tam pora deszczowa choc w amazonii leje kazdego dnia wiec co za roznica. Powiadaja ze najlepszy czas na ten kraj to od kwietnia do listopada. My bylismy w listopadzie i bylo ok wiec im wierze.
W Chile dobra pogoda jest generalnie caly rok. Styczen i luty to na polnocy pora deszczowa. Srodkowe Chile najlepiej nawiedzic od wrzesnia do kwietnia. Santago jest gorace od grudnia do lutego. Rejon jezior(Barilloche w Argentynie) warto zobaczyc od pazdziernika do kwietnia. Od grudnia do kwietnia rosna tu ceny bo to czas wakacji.
Peru:lato trwa od grudnia do kwietnia wiec pada. Styczen i luty to niby najgorsze miesiace na zwiedzanie wiec znow mamy niefart he he. Od grudnia do maja to najbardziej mokre miesiace czyli od maja do wrzesnia powinno byc spoko. Paragwaj: od maja do wrzesnia trwa zima wiec powinno byc w porzo. Grudzien, styczen, luty - goraco tu jak cholera. Dobrze ze tu jest klima bo bym sie roztopil. Ok, wracam do chaty, musze ubic tego malego bzykajacego zasranca co mnie tak popijal w nocy ze mam bable na rekach! Za jakies 2, 3 dni powinnismy sie juz zwijac do Potosi. Ali z HC juz na nas tam czeka. Hej

Wyspa Wielkanocna: Rajska Wyspa z rajskimi cenami

12 tys zl to kwota, ktora powinna gwarantowac wysmienita pogode podczas calego wypoczynku, ciepla wode w oceanie, doskonaly serwis i niezapomniane wrazenia do konca zycia. Rzeczywistosc na Wyspie Wielkanocnej wyglada nieco inaczej jezeli nie jest sie typowym, bogatym turysta ktory przyjezdza w takie miejsca aby zostawic troche gotowki. To tutaj przekonalem sie w jaki sposob warto czasem podrozowac. Gdybym byl takim turysta moje wspomnienia bylyby niezapomniane i bylbym bardzo zadowolony. Zawsze marzylem aby pojechac w to miejsce. To spowodowalo, ze nie wrocilem na kontynent poludniowoamerykanski zawiedziony. W przeciwienstwie do Krzyska. Dla niego cala ta wyspa to jedno wielkie zdzierstwo i przyklad doskonalego przereklamowania. Ok, jezeli chodzi o zdzierstwo trudno sie z nim nie zgodzic ale znajdzcie inne takie samo moejsce na swiecie. Niemozliwe. Jezeli tylko interesujecie sie choc odrobine historia tego miejsca, jezeli wydaje sie ona dla was choc odrobine niesamowita, bedac w rejonie warto tam wdepnac. Poniewaz nie bylem tam jako typowy turysta nie mialem tak czesto jak oni usmiechu na twarzy. Zrealizowalem jednak jedno ze swoich najwiekszych marzen. Cala reszta jest nieistotna. Zwlaszcza ceny. Najistotniejsze sa Moai i ich historia. Czas zaciera zle wspomnienia. Pozostaja tylko te najlepsze. Tylko takie zachowalem w swoim umysle. Te gorsze pozostaly na papierze. Oto one. Niby daja wyraz mojemu rozczarowaniu. to rozczarowanie jednak nie istnieje. 12 tys zl to duzo, nie ukrywam. To wyspa dla bogatych ludzi, tylko takich stac na podroz w tamte rejony. To takze wyspa marzycieli takich jak ja, ktorych nigdy nie bylo stac aby tam poleciec i dazyli do tego aby jednego dnia tego dokonac. Mi sie to udalo. Jestem jednak szczesciarzem. 

Ludzie:
Mozna by ich podzielic na dwie grupy. Lokalni przedsiebiorcy i pozostali. Pozostali sa bardzo mili i uczynni. Chetnie podwoza na stopa, chetnie rozmawiaja. Ci pierwsi z kolei chca z Ciebie zedrzec juz na wejsciu tlumaczac sie wysokimi kosztami itrzymania na wyspie. Przyszykujcie sie juz na lotnisku na to, ze naganiacze na kwatery udziela Wam nierzetelnych informacji. Campingi sa zabronione, nie ma darmowych miejsc na rozbicie namiotu a cena 20 tys . peso za miejsce pod namiot to norma. rzeklbym: gowno prawda. Okazuje sie, ze campingowanie generalnie jest zabronione ale w poblizu jedynej piaszczystej plazy na wyspie-Anakeny- mozna mieszkac i rok w namiocie jezeli sie chce. Mozna takze rozbic namiot u kogos na prywatnej posesji po wczesniejszym uzyskaniu pozwolenia. Poza tym w Hanga Roa istnieje platny camping w poblizu plazy. Nawet nie musicie rozbijac namiotu, wszystko jest juz dla Was zorganizowane. Istnieje tam kuchnia, toalety i cala potrzebna infrastruktura. Odlatujac stamtad powinienem byl pojsc do tej starej, niemilej baby-naganiaczki i poinformowac ja, ze ma nieaktualne dane. Z pewnoscia wie gdzie mozna campingowac poniewaz wszyscy mieszkancy tam jezdza. Wie ale nie powie. Oto jej punkt widzenia. Nie powie bo chce zarobic. Z drugiej strony trudno sie jej dziwic ale moglaby byc troche milsza. Niestety nie byla i tym na wstepie pogorszyla nasze mniemanie o mieszkancach wyspy. Jak nam powiedziala jedna z mieszkanek Hanga Roa: jestescie turystami. Przyjechaliscie tutaj zostawic pieniadze. To jest najwazniejsze. Przylecieliscie i odlecicie. oni tam zostana. Fakt. 
 Dzieki uprzejmosci Wlodka i Oli, ktorych spotkalismy na lotniskuMataveri, bylem w stanie ocenic jakosc serwisu tutejszych hoteli. Za tak wygorowana cene powinny one nalezec do swiatowej czolowki. Wydaje mi sie ze nie naleza. Nie oferuja czegos nadzwyczajnego, czegos czego nie mozna by bylo znalezc w hotelach w Egipcie czy Turcji i to za znacznie nizsza cene. Ale Egipt i Turcja to nie Wyspa Wielkanocna. Fakt. Placi sie za miejsce. 
Sorry. Jezeli jakis otyly starszy Anglik nieuprzejmym tonem informuje mnie, ze jest za 15:11 i bus na lotnisko nie bedzie na mnie czekal i musze sobie teraz zaplacic za taksowke na lotnisko to na pewno nie jest dobry serwis. Odjazd mial byc zreszta o 11 a nie 15 min. wczesniej. Tyle zaplacic za ten wyjazd i spotkac sie z takim chamstwem. Porazka. 
 Hotel O Tai na pierwszy rzut oka mily. To wszystko. Pokoje skromne, jedzenie dosc ubogie. Sniadanie rowniez bardzo skromne. Tubylcy generalnie ich nie jedza ale ja jestem Europejczykiem i mam inne zwyczaje. Za taka cene powinni kolo mnie skakac i spelniac moje zachcianki.
 Otoczenie nie wyglada zle. Ladna roslinnosc, aranzacja otoczenia. Dla mnie to niewystarczajace. Przy basenie biegaja rosle robale wygladajace jak karaluchy. 

Ceny:

Wspominalem juz o ponadprzecietnej drozyznie. Oto przyklady:
- piwo w puszce (male) w pierwszej lepszej restauracji kosztuje 1500 peso czyli ponad 3 USD. Cena spada o polowe jezeli nie pijecie w srodku.
- butelka 1,5 litra coli lub fanty to wydatek rowniez 1500 peso. Woda o takiej samej pojemnosci kosztuje tyle samo.
- byle jakie jedzenie w restauracji zaczyna sie od 5 tys peso. Uwaga na restauracje Tivanaku. Specjaly serwuje transwestyta:) Z Wlodziem i Ola nie moglismy pochamowac smiechu. Przez to dostalem pewnie wlos do soku. Nie pytam skad on pochodzil. Folklor gwarantowany. Jedzenie do bani ale warto tam pojsc tylko ze wzgledu na obsluge. 
- 12 jajek kosztuje 2400 peso.
- 6 duzych ziemniakow: 2500 peso. Drogo. 1 Usd za jeden ziemniak. To ciekawe. 
- maly jogurt pitny- 2 USD.
-mala sol w plastikowym pojemniczku to koszt 900 peso.
-male rzezby Moai z kamienia wulkanicznego zaczynaja sie od 5 tys peso. 40 cm drewniana rzezba Moai wyciagnie z Waszej kieszeni minimum 50 USD. Sa i takie po 250 USD. 
-kartki pocztowe- 250 peso. Znaczki 500 peso.
-Wypozyczenie rowera na dobe kosztuje 20 USD.

Za tak wysoka cene jaka placi turysta aby przyjechac w to miejsce powinien on rowniez byc traktowany jak Moai. Zreszta posagi Moai to jedyna atrakcja jaka moze zaoferowac ta wyspa. Widoki sa bardzo irlandzkie. Dobija brak drzew. Znam bardzo dobrze jedyna asfaltowa droge z Hanga Roa do Anakeny. Przyszlo mi nia chodzic wiekszymi lub mnijszymi kawalkami prawie codziennie. Gdybym byl zwyklym turysta nie szczypalbym sie i po prostu wynajal samochod. Dzieki uprzejmosci Wlodzia i Oli moglismy skorzystac z tego dobrodziejstwa cywilizacji. Dziekujemy raz jeszcze. 
 Co na temat sklepow. Niestety wybor towarow pozostawia wiele do zyczenia. Jezeli juz cos nas moze zainteresowac to cena skutecznie odstrasza. To raczej nie sa wakacje. Niby nas stac bo moglibysmy kupowac wszystko bez problemu ale mysl, ze juz wkrotce na ladzie kupimy to samo za 2 razy mniej siedzi w naszej swiadomosci. To taki masochizm na wlasne zyczenie. Pozostalo nam jesc suche bulki z salami, jajka z makaronem bez soli, rozrabiana z woda cole i fante (ta druga smakuje znacznie lepiej jako lura) i ogladanie na plazy lasek bez sexapealu. 
 Spanie z mrowkami w namiocie tez bede wspominal z sentymentem. 

 CDN
 

Dzisiaj stronę odwiedziło już 11 visitors (53 hits) tutaj!
=> Do you also want a homepage for free? Then click here! <=